Uncategorized

RPA – tęczowy naród? Kraj skrajności.

Ludzie mieszkający w RPA opisują swój kraj jako tęczowy naród. Znajdziemy tu czarnych, białych, azjatów, hindusów, europejczyków, kolorowych… Mówi się tu w 11 oficjalnych językach, gdzie język angielski i afrikaans są głównymi. Ponadto widzi się mnóstwo ludzi innych narodowości rozmawiających miedzy sobą w swoich własnych językach. Na przykład ja rozmawiam z moim synkiem po polsku; w biurze, gdzie pracuję jest Włoch, który od czasu do czasu prowadzi rozmowy po włosku, Niemiec, który także rozmawia w swoim języku oraz Polak, z którym czasami porozumiewam się po polsku albo czymś co można nazwać ‘polgielskim’ (typu: ‘chcesz cooldrinka?’, ‘jechałeś motorwayem?’)

Jeśli miałabym opisać RPA, powiedziałabym, że jest krajem skrajności.

Z jednej strony widać ludzi, którzy żyją w slumsach, żebrzą na ulicach. Proszą o pieniądze od ludzi siedzących w dobrych samochodach, popijających Colę Light albo shake’a z McDonald’s.

(źródło: http://www.timeslive.co.za)

Gdzieś widać człowieka ciągnącego wielki wózek z zebranymi materiałami do przetworzenia; chce je sprzedać, żeby zarobić na papkę kukurydzianą. Obok szybko przejeżdża Porche.

(źródło: drphelanipresume.blogspot.com)

Obok na skrzyżowaniu żebrze kobieta z dwójką dzieci. Powoduje u mnie wyrzuty sumienia, bo moje dziecko je truskawki albo chrupka, a w domu ma tonę zabawek oraz szafę pełną ubranek.


(źródło: I have a name – Facebook)

Są dzielnice z wielkimi domami z ogrodami i basenami, i garażami na kilka aut. Zaraz obok nich są miasta wydzielone, slumsy, gdzie domy, tzw. shacks – budy, zrobione są z tego, co udało się znaleźć w śmieciach lub ukraść. Tu Sandton obok Alexandra.

Unequal-Scenes-Sandton-Alexandra-Johnny-Miller(źródło: http://www.ourfriends.co)

Szpitale prywatne mają różne standarty, ale w większości można mieć swój własny pokój, telewizor, łazienkę; na śniadanie, obiad przynoszone jest menu, od czasu do czasu herbatka z ciastkiem; ceny są wysokie, nie każdy jest w stanie opłacić prywatną opiekę zdrowotną i prywatne ubezpieczenie medyczne. Dla biedniejszych ludzi jest szansa w szpitalach rządowych, gdzie kolejki są długie, miejsc niewiele, a opieka (delikatnie mówiąc) nie najwyższej jakości, nie są czyste, przez co również niebezpieczne.

(źródło: sihma.org.za)

Kobieta pracująca w domu, sprzątająca, robiąca pranie i prasowanie zarabia 150 randów za dzień. Wykształcony pracownik zarabia tyle za godzinę, a osoby na wysokich stanowiskach dużo więcej. Pan prezydent Jacob Zuma zarabia 11.145 randów dziennie (www.mywage.co.za).


(źródło: thedailyvox.co.za)

Istnieją szkoły, gdzie dzieci uczą się siedząc pod drzewami, często bez podręczników. Szkoły prywatne, drogie, niektórych przeciętny obywatel nie byłby w stanie opłacić używają komputerów Apple w klimatyzowanych pomiszczeniach.

(źródło: timeslive.co.za)

Podczas gdy jedni kupują tyle ubrań, że prawie wysypują się z wózków w Woolworths lub wydają 350 randów na ubranko dla dzidziusia w CottonOn, są ludzie, którzy jedzą kaszkę kukurydzianą na śniadanie, obiad i kolację, niemal każdego dnia. Zrozumcie: papka jest smaczna, ja sama ją jem od czasu do czasu, ale razem z warzywami i mięsem, sama w sobie chyba jednak nie ma zbyt wiele witamin i minerałów….


(źródło: sunfire.co.za)

Pomiędzy tym jest grupa ludzi, którzy pracują i zarabiają średnio, nie mają może Porche, ale na Forda lub Hundaya ich stać, mieszkają w domach na kredyt lub mieszkaniach w kompleksach, stać ich na posiadanie maid, czyli sprzątaczki raz w tygdniu, wystarcza im by mieć zdrową, zbilansowaną dietę oraz na prywatne ubezpieczenie medyczne… nie jest tak, że jest tu tylko albo tak – albo tak. Jednak różnica między ludźmi, których mija się na ulicy jest wielka i rażąca.
Czy kiedyś RPA się zmieni? Czy będzie mniej korupcji, a więcej zawodów, gdzie ci najbiedniejsi będą mogli zarabiać? Czy będzie mniej przestępczości, a więcej miłości, czy będzie mniej rasizmu, a więcej jedności? Nie wiem, co będzie jutro i czy jutro dla mnie będzie? Wiem jednak, że można przynieść innym nadzieję na to lepsze.


Wersety na dziś:
Chcę cię dziś pouczyć o twojj drodze, abyś swoją ufność pokładał w Panu. Przypowieści Salomona 22:19
Synu mój! Daj mi swoje serce, a twoje oczy niechaj strzegą moich dróg! Przypowieści Salomona 23:19

Advertisements

Wielka droga do porodu

7 miesięcy i 7 dni temu urodziłam naszego synka Joelka w szpitalu Park Lane w Johannesburgu. Było to dwojakie doświadczenie – i negatywne, i pozytywne. Jednak wszystko nie zaczyna się od pierwszych skurczy, ale od testu ciążowego.

W RPA istnieje prywatna opieka zdrowotna. Oznacza to, że na rynku istnieje kilka firm oferujących ubezpieczenie zdrowotne, za które miesięcznie trzeba płacić. W zależności od rodzaju ubezpieczenia, ustanawiana jest cena, jednak średnio płaci się za nie kilka tysięcy randów miesięcznie. „Najsłabsze” obejmuje jedynie opiekę szpitalną, droższe natomiast lekarzy oraz specjalistów oraz lekarstwa przepisane przez lekarzy. W zależności od wybranego planu, mamy „pulę pieniężną”, która pokrywa koszty naszych wizyt. Za niektóre wizyty, ubezpieczenie zapłaci tylko część, ze względu na różnicę w stawkach lekarza i stawkach według firmy ubezpieczeniowej.
Powiem szczerze, że jest to dość skomplikowane, każda firma operuje różnymi stawkami oraz zasadami. Sama jeszcze do końca tego nie zrozumiałam i nie wiem, szczególnie, że jako Polka przyzwyczajona jestem do prostego systemu w Polsce. Ciężko jest się przyzwyczaić do tego, że za najprostszą wizytę u lekarza rodzinnego trzeba zapłacić.

Tak więc, kiedy okazało się, że jestem w ciąży musiałam iść do lekarza rodzinnego, który potwierdziłby moją ciążę, skierował na USG oraz do lekarza ginekologa.  Potem należało wszystko zgłosić do firmy ubezpieczeniowej, aby pokrywała koszty mojej „ginekolożki”.

Wizyty odbywały się co 6 tygodni, a potem już co 4 tygodnie. Przy każdej wizycie badany był mocz, ciśnienie oraz waga. Potem następowała krótka rozmowa z lekarką (jako, że moja ciąża przebiegała bez problemów) oraz USG, które było najwspanialszą częścią wizyt. Za to wszystko płaciłam różnie. Od 1000 randów, do 1700, co oznacza od ponad 300 do ponad 500 złotych.

Wiele kobiet decyduje się nie na lekarza ginekologa, ale na położną, która może prowadzić ciążę, a potem odebrać poród naturalny. Z nimi można zdecydować się na poród w klinice lub poród w domu. Może być to poród w wodzie lub nie. Jeśli masz odpowiednią wannę w domu, możesz nawet rodzić we własnej wannie! Położne są tańsze, za wizytę płaci się około 300 randów, czyli około 100 złotych.

Kolejną sprawą jest wybór szpitala lub kliniki. Jest to kolejna rzecz, która nie jest najłatwiejsza. Każdy szpital oferuje inne rzeczy. Organizowane są „wycieczki po oddziale”, drukowane specjalne broszury opisujące, co się zyska „rodząc z nami” – np. jedno darmowe USG 4D! Każdy szpital ma również różne stawki, które nie zawsze pokrywane są przez ubezpieczenie. W niektórych szpitalach istnieją różne oddziały. W szpitalu, w którym rodziłam ja, istniał oddział ogólny, z łazienką na korytarzu oraz około czteroma łóżkami w jednej sali; oddział pół-prywatny, z dwoma łóżkami w sali oraz łazienką; oraz oddział prywatny z jednym łóżkiem, własną łazienką oraz łóżkiem dla męża, który może zostać na noc. Za ten ostatni należy dopłacić (ponad stawkę firmy ubezpieczeniowej) 1200 randów, czyli około 400 złotych za noc.
Jeżeli poród jest naturalny, zostaje się w szpitalu jedną noc i za tą jedną noc ubezpieczenie zapłaci. Jeżeli następuje cesarskie cięcie, pobyt w szpitalu trwa około 3-4 dni.

Rozważałam poród w specjalnej klinice, która prowadzona jest przez położne i nastawione na poród jak najbardziej naturalny, jak to możliwe. Pokoje wyglądają jak pokoje w hotelu, z ogromnym łózkiem, łazienką i nawet malutkim prywatnym ogródkiem. W razie wypadku i potrzeby cesarskiego cięcia, przyjeżdża lekarz. Miejsce to jest dość magiczne i wygląda bardziej jak hotel. Niestety, w razie cesarskiego ciecia, moje ubezpieczenie nie zapłaciłoby za odbieranie porodu przez położną, więc musiałabym zapłacić z własnej kieszeni pomiędzy 8000 a 14000 randów. Postanowiłam więc nie ryzykować, i bardzo cieszę się, że tego nie zrobiłam! Dla kobiet, które rodzą dzieci bez problemów jest to cudowne miejsce i jak najbardziej polecam Genesis Clinic w Johannesburgu (klik!).

Co do samego porodu, moje doświadczenie nie było do końca pozytywne. Przynajmniej aż do momentu porodu, potem było bardzo dobrze.

Zaczęło się w niedzielę rano, kiedy to dostałam pierwszych skurczy. Pomyślałam, że może to pierwsze skurcze porodowe, a może jedynie Braxton hicks. Pojechaliśmy do kościoła, skurcze nasiliły się, poszłam do łazienki i poczułam jakby mi odeszły wody. Nie było tego dużo jak na filmach, ale wtedy zrozumiałam, że naprawdę to może być początek.

Potem pojechaliśmy jeszcze na zakupy po chleb i Powerade. Po powrocie do domu przespałam się, skurcze jakby się zmniejszyły… tylko te wody nie dawały mi spokoju. Zapytałam znajomej położnej co robić, a ona powiedziała, że jechać do szpitala i to sprawdzić, bo wygląda na to, że rodzę.

W szpitalu zadzwoniono do mojej lekarki, która postanowiła monitorować skurcze i Joela. Joel w porządku, moje skurcze co 10 minut. Nie były one bolesne, po prostu odczuwalne. Sprawdzono czy jest rozwarcie – 0,5 cm, więc właściwie żadne. Zdecydowano się zostawić mnie w szpitalu na noc i monitorować. Nie wyspałam się za bardzo, bo co chwilę ktoś przychodził zakładać mi monitor, a potem ściągać i znów zakładać…

Następnego dnia rano, okazało się, że skurcze są cały czas w takim samym odstępie. Sprawdzono rozwarcie – nie zmienione.  

Postanowiono wywoływać poród. Nie zgodziłam się. Postanowiono więc zbadać mi krew i dać antybiotyk. Może trochę za bardzo uparłam się na poród naturalny, ale jak miałam zmienić zdanie, skoro nikt nie wytłumaczył mi dokładnie co się dzieje! Ja nadal nie wierzyłam, że tak naprawdę rodzę!

Pobrano trzy fiolki krwi. Pielęgnarkę ostrzegłam jak trudno jest podłączyć mnie do kroplówki. Oczywiście za pierwszym razem się nie udało i było bardzo dużo krwi. Pielęgniarka postanowiła nie próbować drugi raz i zawołała anestezjologa, który okazał się bardzo dziwnym człowiekiem. Wszedł, prawie nic nie powiedział, włożył mi iglę w rękę, postraszył mnie, mówiąc, że jeśli teraz nie chcę znieczulenia zewnątrzoponowego, to potem go będę o to błagać i wyszedł. Kroplówka była podłączona, ale moja ręka zaraz szybko spuchła, bo wbił się trochę za głeboko i trzeba było wyciągać.

Przyszła moja lekarka i powiedziała, że musimy wywoływać poród ze względu na niebezpieczeństwo dla Joela. Kiedy ja mam skurcze, jego serduszko szybciej bije. Powoduje to stres u niego i może doprowadzić do poważnych problemów. Powiedziałam, że jeżeli to jest powód, możemy wywoływać.

O 9:00 rano nadal miałam rozwarcie 0,5cm, podano mi żel na to, aby się to zmieniało. Miałam czekać 6 godzin i jeśli skurcze byłyby wciąż w tej samej częstotliwości, miano podać mi więcej żelu.

Skurcze jednak bardzo szybko postępowały i przez większość czasu miałam 5 skurczy na 10 minut po około minutę czasu. Potem już były tak intensywne, że nie mogłam chodzić czy siedzieć na piłce do ćwiczeń. Podano mi dwa zastrzyki, które tylko mnie otumaniły. Na moment zasypiałam, żeby obudził mnie ból skurczów. O 15:00 przyszła pielęgniarka bardzo zadowolona ze skurczy, myślała, że zaraz podadzą mi znieczulenie do kręgosłupa – musiałabym mieć rozwarcie 3 cm.

Rozwarcia jak nie było tak nie było, lekarka zdecydowała się podać więcej żelu, ale i to nic nie dało. Po 18:00 zdecydowano się zrobić cesarskie cięcie.

Podano mi kolejną kroplówkę i igłę w kręgosłup (co chyba z całego dnia bolało najmniej).

Joel urodził się o 19:40, ważył 2,78 kg i jego długość wynosiła 48 cm. Był zdrowy, silny, jadł mleko mamy 🙂

Chociaż poród brzmi niezbyt komfortowo, to opieka po porodzie była niesamowita. Miałam własną fizjoterapeutkę, która przychodziła codziennie, nauczyła mnie wstawać, kłaść się, chodzić. Powiem szczerze, że nie wiedziałam, że podniesienie własnych nóg na łóżko może być takie trudne. Ponad to pielęgniarki przychodziły co 4 godziny sprawdzić, czy nakarmiłam dziecko. Były również na każde zawołanie, kiedy potrzebowałam pomocy z czymkolwiek. Ponad to przynoszono mi kartę z menu, mogłam wybrać sobie na co mam ochotę na śniadanie, obiad i kolację, a co jakiś czas przychodziła pani z herbatą i ciastkiem. Joel właściwie ciągle spał, prawie wcale nie płakał, więc i ja mogłam odpocząć. Bardzo pomocne było to, że Ian był ciągle ze mną. Przed porodem myślałam, ze to bez sensu, żeby on był ciągle przy mnie, ale oszczędziło mi to wiele strachu. Był bardzo pomocny i lepszego partnera do porodu nie mogłabym sobie nawet wyobrazić.
Tak więc… jest trochę inaczej niż w Polsce. Nie trzeba zastanawiać się tyle gdzie rodzić oraz rozważać po tysiąckroć czy mnie na to stać czy nie. Z pewnością jednak warunki nie są tak dobre, jak w tutejszych szpitalach prywatnych. A położna przychodząca do domu w zaawansowanej ciąży? A opieka poporodowa w domu? A opieka socjalna sprawdzająca, czy wsyzstko z dzidzią dobrze? A becikowe? Tutaj nikt nawet o czymś takim nigdy nie słyszał! Także – wdzięcznym być i nie marudzić! 🙂


Werset na dziś:

“Wysłuchał Pan błaganie moje, Przyjął Pan modlitwę moją.” – Psalm 6:10

Wiza – mała naklejka w paszporcie.

Postanowiłam trochę napisać na temat mojego starania się o wizę oraz o ogólnych zasadach (tych, które dotyczyły mnie). Jest to temat istotny, jako że wszystko w RPA, co załatwia się w urzędach twa określony czas, który potem okazuje się nieokreślony. Tak więc, od początku…

Pierwsze podanie o wizę złozyłam w ambasadzie RPA w Warszawie przy ulicy Koszykowej. Odnalezienie jej to nie lada sztuka, jako że jest ukryta na szóstym piętrze pewnego budynku, do którego wchodzi się z zupełnie innej ulicy niż tej podanej. Poszukiwania strony internetowej ambasady też mogą okazać się niepomyślne, a to dlatego, że strona ta jest w budowie. W każdym razie, jeśli ktoś szuka to tutaj znajdzie:

Ambasada Republiki Południowej Afryki
adres: ul. Koszykowa 54 (VI piętro)
00-675 Warszawa
cudowny adres e-mail: warsaw.consular@dirco.gov.za
telefon: +48 22 622 10 05; 622 10 31

Pierwszy raz pojechałam odebrać druki, drugi raz pojechałam złożyć dokumenty. Był to początek maja 2014, miesiąc przed naszym wyjazdem do Johannesburga. Ponieważ w czasie, kiedy składałam dokumenty nie byliśmy jeszcze małżeństwem, postanowiłam złozyć podanie o visitors visa, czyli wizę podróżniczą. Musiałam z tego powodu złożyć plik dokumentów, a w tym potwierdzony dowód osobisty narzeczonego, jego akt urodzenia, pięknie napisany list o tym, jak bardzo pragnie, bym do niego  dołączyła po naszym ślubie. Wizę otrzymuje się po 3 tygodniach, na 3 miesiące. Po złożeniu papierów, pani w okienku podaje dokładną datę odbioru wizy. Można wybrać jedną z opcji: odbiór osobisty, odbiór przez znajomego lub wysłanie kurierem, którego samodzielnie trzeba zamówić. W dzień naszego ślubu cywilnego otrzymałam tą wizę przez kuriera DHL, przyznaną na 3 miesiace. Wszystko szło gładko i przyjemnie.

Po przyjeździe do Johannesburga czekało na mnie wiele miłych niespodzianek, ogrom zmian i poznawanie mojej nowej rodziny oraz przyjaciół. Po 10 dniach naszego honeymoon przyszedł czas przeprowadzki do naszego miejsca, z czym wiązały się też codzienne zakupy. Potem nasze przyjęcie weselne oraz inne temu podobne. Nie było jakby czasu na zastanawianie się nad podaniami o wizę. Na początku lipca jednak minął prawie miesiac od przyjazdu i wiedziałam, że nie ma na co czekać.

Okazało się, że całkiem niedawno zostały zmienione zasady przyznawania wiz. Z moją wizą podróżniczą nie mogłam już starać się o pobyt tymczasowy (temporary residence), nie mówiąc już o pobyt stały (permanent residence). Wiele źródeł straszyło, że nie można zostać w RPA dłużej niż wskazuje na to wiza, bo przy wyjeździe poza granicę kraju przyznawane są kary od 1 do 10 lat powrotu do RPA. Jest to prawda. Jednak większość źródeł straszyło bardziej niż pokazywało, co zrobić w mojej sytuacji, kiedy bilet miałam dopiero na 28 listopada. Po długich przeszukiwaniach internetu okazało się, że mogę starać się o przedłużenie mojej wizy, po czym w moim ojczystym kraju w ambasadzie składać podanie o wizę kolejną. Wizami zajmuje się nowa firma prywatna vfs Global, która oczywiście potrąca spore pieniądze za samą usługę (1350 randów = około 400 złotych), nie mówiąc o zapłaceniu jeszcze za wizę. Dojście do tej informacji kosztowało mnie wiele czasu i stresu.

Aplikant rejestruje się online, wypełnia cały formularz, po czym umawia się na spotkanie. W moim wypadku najbliższy termin był dopiero 5 sierpnia. Miesiąc przed końcem ważności wizy. Nie było innej możliwości jak tylko czekać.

5 sierpnia o godzinie 8:00 stawiliśmy się w firmie vfs Global, gdzie zostaliśmy bardzo zaskoczeni brakiem kolejek, spokojem, ciszą i profesjonalizmem. Weszłam przez drzwi, sprawdzona uprzednio przez ochroniarza, z wyłączonym telefonem. Pani w pierwszym okienku sprawdziła moje dokumenty. W drugim okienku sprawdzono moją opłatę i powiedziano, że wiza będzie gotowa w przeciągu 4 do 6 tygodni. Dostałam również numer, który mogłam wpisywać w Internecie i sprawdzać status mojego podania. W pokoju numer 12 zrobiono mi zdjęcie i wzięto odciski palców. Biometria w RPA jest bardzo silnie rozwinięta, powszechna i spotkamy ją w różnych miejscach. Wszystko poszło sprawnie i byłam bardzo mile zaskoczona. Razem z Ianem stwierdziliśmy, że może taka prywatna firma to dobry krok w kierunku terminowego wydawania wiz. Szybko jednak przekonaliśmy się, że w Afryce nie może być tak europejsko…

Czekaliśmy 3 tygodnie i zastanawialiśmy się co się dzieje. Od 7 sierpnia nie było żadnego postępu wg. zapisków w Internecie. Rozważaliśmy przesunięcie mojego biletu, żebym wyjechała do Polski bez kary. Zaczęliśmy poruszać “niebo i ziemię” aby czegoś się dowiedzieć. Dzwoniliśmy do vfs Global, którzy odsyłali nas do Home Affairs (HA – urząd zajmujący się sprawami obywatelskimi), natomiast HA odsyłało nas do vfs i tak na zmianę. Wreszcie udało nam się porozmawiać z kimś kompetentnym w vfs. Dowiedzieliśmy się, że jeżeli złożyłam podanie o przedłużenie wizy, mogę zostać w kraju i czekać na jej przyznanie. Nie wolno mi jednak wyjeżdżać. Tej teorii się trzymałam. Miałam jeszcze dużo czasu do wyjazdu, bo całe trzy miesiące. Jeśli wiza miała być gotowa w 4-6 tygodni, to niemożliwe jest, by nie była gotowa do momentu mojego wyjazdu.

Mijał tydzień za tygodniem. Potem nagle okazało się, że za miesiąc mam wyjeżdżać, a o wizie ani widu, ani słychu. Mamy takiego znajomego, który jest dyrektorem dość dużej firmy. Ma on pod sobą dział do spraw imigracyjnych. Obiecał nam zająć się naszą sprawą. Po pewnym czasie dowiedzieliśmy się, że moja wiza została już przyznana, ale z powodu tego, że firma vfs ma tak duże zaległości w pracy, nie wydają wszystkich wiz. Polecono mi pojechać do vfs i porozmawiać, jeśli nie z osobą obsługującą to nawet z kierownikiem. Zostały niecałe 3 tygodnie do wyjazdu.

Wchodząc do vfs nie spodziewałam się tego, co zobaczyłam. Wszędzie było mnóstwo ludzi. Uprzednio widziany przeze mnie duży, pusty hol był wypełniony po brzegi. Prowadzono ludzi do osobnego pomieszczenia, dawano numerek i kazano usiąść. Tak czekaliśmy 1,5 godziny. Wywołano mnie do kolejnego pomieszczenia, gdzie składałam swoje podanie. Usiadłam w kolejnej kolejce, czekałam na wywołanie. Miałam ogromną nadzieję zobaczyć swoją wizę w moim paszporcie. Kiedy wywołano moją wizę, sprawdzono wszystkie foldery z literą M. Nie znaleziono jej. Ręce mi opadły i czułam się bezradna jak małe dziecko. Porozmawiałam z osobą mnie obsługującą, wytłumaczyłam, że wiem, że wiza jest przyznana oraz że wyjeżdżam do Polski w przeciągu trzech tygodni i tej wizy potrzebuję. Pani bardzo uprzejmie wyjaśniła, że są osoby, które czekają na wizę od lutego, co dla mnie jedynie przemawiało na temat profesjonalizmu ich pracy. Powiedziała również, że kurierzy często nie dowożą dokumentów na czas. Po ponad 3 godzinach bycia tam, wyszłam bez niczego.

Od tego momentu nie wiem czy czekałam. Nie cieszyłam się na myśl o wyjeździe, bo nie wiedziałam czy wogóle uda mi się wyjechać. Ogarniało mnie przygnębienie, ale silnie wierzę w to, że cokolwiek dzieje się w naszym życiu, nie jest przypadkowe. Więc starałam się zachowywać pogodę ducha, choć nie zawsze mi to wychodziło. Ian powiedział: Zobaczysz, dostaniesz tą wizę.

Tydzień po mojej nieudanej wizycie w firmie, postanowiłam sprawdzić w Internecie status mojej wizy. W ciągu poprzednich 3,5 miesiąca robiłam to tak często, że wcale nie spodziewałam się zobaczyć czegoś nowego. Ku mojemu zdziwieniu wyświetlił się komunikat, że wiza została przyznana i czeka na odbiór. Pełna radości, od razu przygotowałam się do wyjścia i pojechaliśmy do vfs. Tam historia się powtórzyła. “Ludzi jak mrówków” (jak to mawia moja mama), mało miejsca, duszno, numerki, oczekiwanie, kolejny pokój, oczekiwanie, dojście do okienka, sprawdzanie wszystkich folderów z nazwiskami na literę M. Czekanie. Sprawdzono wszystkie foldery raz i nie znaleziono. Postanowiono sprawdzić po raz drugi. W tym czasie pani uprzejmie wytłumaczyła mi, że wizy są przyznawane w Pretorii i system błednie pokazuje, że są do odbioru w Johannesburgu, kiedy nie dostarczono ich jeszcze z Pretorii. Niepokój wypełniał mój żołądek. Jednak wbrew nadzieji, żywiłam nadzieję, że uda mi się zobaczyć ten śmieszny kawałek papierka.

Udało się. Byłam bardzo wdzięczna. Pani wkleiła moją nową wizę do starego jeszcze paszportu (musiałam w między czasie wymieniać stary paszport na nowy w polskiej ambasadzie w Pretorii). Wyszłam najszczęśliwsza na świecie. Po tylu przygodach, otrzymanie takiego malutkiego papierka, tkóry pozwalał mi pojechać do Polski był niczym uwonienie. Było to dość zabawne, ponieważ był to wtorek, 18 listopada. W ręce trzymałam wizę ważną do 28 listopada, dnia mojego wyjazdu.

DSC_0258

W miedzy czasie, kiedy jeszcze nie miałam wizy, musiałam przygotowywać kolejne dokumenty do podania o relatives visa (przyznawana na zasadzie pokrewieństwa lub więzów małżeńskich w naszym przypadku), o którą miałam starać się w Warszawie od razu po przyjeździe do Polski. Oznaczało to też zakup biletu powrotnego z Polski i załatwianiu dokumentów ważnych jedynie przez krótki czas. Powiem szczerze, że były to pewnego rodzaju kroki wiary, że wyjadę.

W Polsce złożyłam podanie dokładnie 1 grudnia 2014 z wyznaczeniem terminu odbioru na 7 stycznia 2015. Wiza została dowieziona na czas przez kuriera DHL (dokładnie ten sam sposób jak przy visitors visa).

Teraz jestem już z powrotem w Johannesburgu, po 1,5 miesiąca wakacji w Polsce. Swoją drogą, trzecia zima w tym roku nie była taka zła. Spadł śnieg, którym bardzo się cieszyłam, spędziliśmy mnóstwo czasu z rodziną oraz odwiedziliśmy przyjaciół. Chciałam jednak już wracać do naszego życia, naszego miejsca, naszych własnych śmieci. Łatwo się zapomina o tym, co trudne i od powrotu już musiałam stawić czoła kolejnym śmiesznym afrykańskim wymaganiom.

Nie dostałam się na studia ze względu na brak wystarczającego doświadczenia w zawodzie, co szczerze mówiąc bardzo mnie przygnębiło. Jeszcze nigdy nie dostałam odmowy w podobnej sprawie, więc było to dla mnie tym bardziej ogromnym zaskoczeniem. Nie wiem co będzie dalej. Szukanie pracy wiąże się ze składaniem podań o pozwolenie o pracę, co jest kolejnym wyzwaniem, jeśli nie większym niż podanie o wizę. Jednak Afryka zaskoczyła mnie piękną zielenią i cudowną pogodą, wlewającą w serce ciepło… I nawet jeśli nie wiem, co będzie w najbliższym czasie i choć życie nie zawsze toczy się według mojego własnego planu, staram się cieszyć tym, co przynosi i być wdzięczną.

Mam nadzieję, że ten wpis pomoże innym popatrzeć na stanie w kolejce w Auchan lub urzędzie skarbowym z troszkę innej perspektywy 😉 Ja nauczyłam się tego, że jako ludzie bardzo lubimy marudzić. A bo w Anglii to jest lepiej, bo mają to, a w Niemczech to wogóle mają jeszcze tak wiele, a tu to tak i tak. Cóż, są miejsca, gdzie ludzie mają więcej szczęścia i lepszą pomoc społeczną, jednak są miejsca, gdzie jest tysiąckroć gorzej. Można użalać się z zazdrością nad tym, czego nie posiadamy lub można cieszyć się tym, co mamy. Wybór należy do nas, a nasza postawa wnosi wiele do naszego życia 🙂

A tutaj jeszcze zdjęcie widoku z mojego okna dzisiejszego poranka 🙂

DSC_0263

Miłego dnia 🙂