Podroze: male i duze!

Dawno temu w morzu… uShaka

Wiem, nie pisałam ze sto lat. A dokładnie, ostatni post napisałam 8 miesięcy i 6 dni temu. Przepraszam za nieobecność, lecz naprawdę próbowłam się zmotywować. Czasami brak czasu, czasami brak weny, a czasami brak pamieci o tym, że blog istnieje.

Nie chciałabym się rozwlekać o tym, jak wiele się zmieniło, tylko raczej nadrobić zaległości w pisaniu o wyprawach i realiach naszego życia tutaj. Dzisiaj będzie o naszym wyjeździe, który miał miejsce w kwietniu, ale jeszcze kiedy była nas tylko dwójka.

Tydzień przed moim porodem (jak się okazało po powrocie… 🙂 ) pojechaliśmy z Ianem na Południowe Wybrzeże na tzw. Baby Moon. Byłam już w dość zaawansowanej ciąży (36-37 tygodni), jednak postanowiliśmy zaryzykować i odpocząć przed pojawieniem się dzidziusia na świecie. Kilka dni spędziliśmy w Durbanie, a kilka w Southbroom, o którym słyszeliście w ramach postu o naszym miesiącu miodowym.

W pierwszy dzień pojechaliśmy na spacer na plażę Umshlanga, gdzie znjduje się latarnia morska. Przywitała nas piękna tęcza, ale podczas spaceru złapała nas ulewa, która wręcz dodała uroku i mogliśmy biegać i tańczyć w deszczu.

DSC_0418

DSC_0419

DSC_0444

DSC_0454

Drugi dzień naszego pobytu w Durbanie spędziliśmy w uShaka – to wspaniałę miejsce rozrywki, a właściwie park wodny. Podzieliłabym go na 4 części. Pierwsza to strefa wejściowa, która w krótkich słowach jest małym wielkim centrum handlowym. Można kupić tam wszystko, co związane jest z Afryką, pływaniem i światem podwodnym, a i dużo dużo więcej. Kolejną strefą jest zadbana plaża i morze. Obie te części są dostępne bez opłat.

Część trzecia to akwaria i strefa Podwodnego Świata. W wielkim akwarium, które znajduje się w statku, można oglądać tysiące różnych rodzajów ryb. Od rozgwiazd, koników wodnych, małych i dużych ryb po rekiny. Ogrom może czasami przytłoczyć, ale powiem szczerze, że akwaria zadziwiały od smaego początku po koniec. Spotkaliśmy nawet nurka 🙂

DSC_0545

DSC_0548

DSC_0590

 DSC_0578

DSC_0570

W tej strefie można nurkować z rekinami, oglądać pokaz delfinów i fok, oglądać karmienie pingwinów, i dużo dużo więcej. Za inne, dodatkowe atrakcje trzeba niestety słono zapłacić. Nurkowanie z rekinami R170, spotkanie (osobiste!) z delfinem R800 lub foką R300.

DSC_0539

DSC_0535

DSC_0666

Strefa czwarta to park wodny! Są tu baseny, największa w Afryce ślizgawka wodna, spływ na rzece, podczas którego można oglądać zwierzęta oraz zostać oblanym wodą z karabinów wodnych przez bawiące się dzieciaki.

DSC_0599

DSC_0649

Wejście do uShaka dla osoby dorosłej to:
Wizyta w akwariach: 158 randów = około 50 złotych
Wizyta w parku wodnym: 165 randów = około 55 złotych
Wizyta w akwariach oraz parku wodnym (combo): 199 randów = około 65 złotych

Southbroom to jedno z moich najbardziej relaksacyjnych miejsc na ziemi. Niebo wieczorami jest różowe, ocean ciepły nawet zimą, a okolica spokojna i cicha. To tam leżeliśmy na skraju basenu, kąpaliśmy się w morzu, czytaliśmy na plaży i robiliśmy wszystko, czego na codzień nie robimy. To tam musiałam patrzeć pod nogi, żeby nie stanąć przypadkiem na przestraszonego kraba i biegliśmy szybko wracając ze spaceru na plaży, aby móc przejść przez rzekę prowadzącą do laguny przed przypływem. Pięknie było.

DSC_0951

DSC_0793

DSC_0734

DSC_0884

A wkrótce napiszę więcej z naszych różnych wypraw. Komentujcie, bo nic tak nie motywuje jak wy, którzy czytacie.


Weset na dziś:
Dziękujcie zawsze za wszystko Bogu
Efezjan 5:20

Advertisements

Narodowy Ogród Botaniczny Waltera Sisulu

Powiem szczerze, że nie myślałam, że pogoda jak dziś może przynieść tyle radości. Pochmurno, dość chłodno, lekki wiatr – przyjemnie. Oh, jak wspaniale czasami odpocząć od temperatury ponad 30 stopni Celcjiusza. Prawda to, że luty to najgorętszy miesiąc w RPA. Ale jest też bardzo piękny – RPA w okresie letnim jest bardzo zielona i śliczna!

Pewnej soboty postanowiliśmy zrobić coś innego niż zwykle i wybraliśmy się na wycieczkę. Tym razem naszym celem było odwiedzenie Narodowego Ogródu Botanicznego Waltera Sisulu. Okazuje się, że pan Walter Sisulu był działaczem przeciwko aparthaidowi oraz członkiem ANC czyli Afrykańskiego Kongresu Narodowego, służąc najpierw jako Sekretarz Generalny, a potem Wice-Prezes partii. Dlaczego o tym mówię? Cóż, w Polsce Ogród Botaniczny nazwanoby imieniem wielkich sław w dziedzinie botaniki, jak Franciszek Górski czy Jerzy Aleksandrowicz. Tutaj ogród ten nazwano imieniem polityka. Nic więcej nie dodam.

Walter Sisulu map.cdr

(Źródło mapy: http://www.sanbi.org/gardens/walter-sisulu/walter-sisulu-national-botanical-garden-maps)

Nazwa ta jednak nie zmienia wielkiego uroku tego miejsca. Przybywszy na miejsce, zostaliśmy zaskoczeni wielkim tłumem. Cóż, Walentynki! Przed kasami przywitała nas kolejka , a za kasami dość sporo ludzi, którzy rozchodzili się w różnych kierunkach i różnych celach. Muszę przyznać, że mimo tak ogromnej liczby osób, można było znaleźć ciche miejsce, gdzie nie tylko nie było nikogo widać, ale również nie było słychać. Wstęp dla osoby dorosłej bez zniżek R35, czyli około 10 złotych.

DSC_0270

Naszym celem był spacer i podziwianie natury. Miejsce to jest bardzo dobrze przystosowane dla wszystkich, którzy chcieliby upajać się tym miejscem. Większość scieżek jest wybrukowana, można więc przyjechać z wózkiem dziecięcym lub osobą niepełnosprawną na wózku.

DSC_0280

DSC_0316

DSC_0313

Przy drogach zaskakiwały nas różne insekty z metalu. Przypominały mi krasnale, które można znaleźć w różnych zakątkach Wrocławia.

DSC_0276

DSC_0339

DSC_0289

Flora była wielce zróżnicowana. W parku można odnaleźć wiele gatunków roślin rosnących w RPA. Ponadto znajdują się tam różne ogrody, które edukują ludzi na temat roślin, ich zastosowania oraz różnorodności. Jednym z takich ogrodów był Water Garden (Ogród Wodny), który pokazywał jak dobrze wykorzystywać wodę oraz jakich roślin używać w miejscach suchych, a jakich w miejscach nawodnionych.

DSC_0287

DSC_0320

DSC_0294

DSC_0277

DSC_0336

Fauna to przede wszystkim ptaki oraz motyle. W parku znajduje się ogród ptaków i motyli, gdzie wchodząc słyszy się odgłosy tych latających stworzeń oraz ich skrzydła trzepoczące między drzewami i krzewami.

DSC_0319

DSC_0335

DSC_0321

DSC_0293

Niemal cały czas towarzyszył nam widok oddalonego  wodospadu. Jest to jak gdyby cel przyświecający spacerowi. Przez cały ogród botaniczny przepływa rzeka nazwana Crocodile River (Rzeka Krokodyl), która przynosi ulgę w wysokich temperaturach powietrza.

DSC_0281

DSC_0300

DSC_0311

DSC_0305

Park oferuje również wiele atrakcji dla dzieci – tablice rozwijające ich wiedzę oraz wyobraźnię oraz plac zabaw, gdzie mogą spędzić dużo czasu. Mnóstwo ludzi przyjechało by zrobić sobie piknik i leniuchować w cieniu drzew. W centrum znajduje się restauracja, która pozytywnie nas zaskoczyła. Odkąd przyjechałam do RPA miałam ochotę na zwykłą rybę z frytkami. Będąc nad oceanem, ku naszemu zdziwieniu, nie mogliśmy znaleźć restauracji, w której by ją nam podano. Tam się udało! Grillowany morszczuk lub dorsz z frytkami. Śmiałam się z Ianem, ponieważ przed zamówieniem zastanawiałam sie czy podają tą rybę z głową i ogonem, jednak podczas składania zamówienia zapomnieliśmy zapytać. Ian twierdził jednak, że będzie to filet. I tak przyniesiono nam jedzenie, które patrzyło na nas swoim umarłym wzrokiem. Wszystkie ości oraz skóra z tuszy została jednak zabrana, co bardzo ułatwiło i uprzyjemniło nam posiłek 🙂 Głowa i ogon leżały sobie tak dla dekoracji.

DSC_0340

Tak więc serdecznie polecam wszysztkim odwiedzającym Johannesburg, jeśli pragną ogrobiny odpoczynku w cieniu drzew 🙂 I tym, którzy mają ochotę na tradycyjne fish and chips 😉

Lion Park

Ostatnimi czasy nie działo się nic szczególnego… Poza milionem problemów z wizą i innymi ciekawymi wypadkami po drodze. Cóż, Afryka rządzi się swoimi prawami i jest to prawda. Ja, rodowita Europejka, muszę stawiać czoła codziennym wyzwaniom jakie stawiają te prawa. Jednak, jeżeli już wybraliśmy mieszkać tutaj, lub, powinnam powiedzieć, zostaliśmy tutaj w jakiś sposób przyprowadzeni, musimy nauczyć się tutaj żyć. Często nazywam to miejsce dzikim, bo często czuję, że takim właśnie miejscem Afryka jest.

Sobotniego poranka obudził mnie zapach naleśników. Nie otwierałam oczu, rozkoszując się zapachem i dziękując Bogu za mojego męża. Nagle usłyszałam: ‘Halo, halo?’, otworzyłam oczy, a przede mną leżała taca z przepysznymi, pulchniutkimi naleśnikami i ulubioną nutellą.

Kiedy już niemal wszystko zniknęło z talerzy, usłyszałam zarządzenie: Teraz prysznic i wychodzimy. Ale, że co, że gdzie? Więc tego dnia czekała na mnie niespodzianka…

Wyjechaliśmy w niedługą podróż, bo po około 40-stu minutach znaleźliśmy się na miejscu. Moim oczom okazał się imponujący domek ochroniarza. Park Lwów! Nie mogłam w to uwierzyć, bo dużo już zdążyłam usłyszeć o tym miejscu… i bardzo chciałam tam pojechać.

DSC_0647

Spośród kilku opcji, wybraliśmy wjazd do obozów lwów własnym samochodem oraz zabawę z lwiątkami. Bilety okazały się drogie, bo aż R200 (około 57 złotych) za osobę przy wybranym przez nas pakiecie.

DSC_0101

Nasza mała przygoda rozpoczęła się od głaskania małych lwiątek. W obszarze Cub’s World (Świat Lwiątek), stanęliśmy w kolejce przed furtką, która prowadziła do dużego, obszaru, gdzie znajdowały się zwierzęta. Miejsce było otoczone siatką z zawieszonym na niej materiałem. Zastanawiałam się dlaczego tak jest, jednak później zrozumiałam: jest to bardziej dla ludzi niż zwierząt, ponieważ wiele z nich mogłoby czuć się dziwnie, będąc obserwowanym w podekscytowaniu robiąc zdjęcia. Za jednym razem wchodzi około 8 osób, które mogą „bawić się” z małymi lwiątkami. Wejście trwa trochę ponad 10 minut, ale jest to wystarczający czas, żeby zrobić zdjęcia i nacieszyć się tymi małymi stworzeniami, a zarazem ich nie zamęczyć.

DSC_0015

DSC_0029

W części, w której znaleźliśmy się my były cztery kotki – dwa 2,5 miesięczne oraz dwa około 5-cio miesięczne. Trzy z nich wylegiwały się w cieniu i drzemały, jeden był bardzo aktywy i chciał się bawić. Niesamowite przeżycie móc dotknąć takie dzikie zwierzę, które wyciąga się z przyjemności, podczas gdy jest głaskane…

DSC_0036

DSC_0040

Następnie postanowiliśmy przejść się po terenie i ku naszemu zdumieniu okazała się żyrafa! Jedena, odpoczywała pod drzewem, natomiast druga postanowiła dać się wykarmić przez ludzi, którzy stali na podeście, by móc ją dosięgnąć. Zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Jej głowa była ogromna w porównaniu z bardzo cienką szyją. Nie mogłam uwierzyć, jak przyjazne jest to zwierzę!

DSC_0055

DSC_0090

Na terenie znajdowały się także inne zwierzęta: hieny, strusie, zebry, gazele i inne. Przeszliśmy się spacerem, kończąc go na sklepikach oferujących wiele pamiątek – bardzo ładnych do pooglądania. Potem poszliśmy do samochodu, gdzie mieliśmy rozpocząć drugą część naszej wycieczki, która polegała na oglądaniu zwierząt w ich środowisku, będąc w samochodzie. Wiele razy otrzymaliśmy ostrzeżenie, że okna i drzwi muszą być zamknięte. Zaraz po przejeździe przez bramę zrozumiałam dlaczego. Od razu przywitały nas duże, dzikie, białe lwy.

DSC_0165

Przeraził mnie ich widok, nie spodziewałam się, że mogą być one tak wielkie. Oraz, że będą chodziły tak blisko naszego samochodu. Przejeżdżaliśmy zaraz obok nich, obserwując ich zachowanie. Była 11:40, o 12:00 jest ich czas posiłku, więc mogliśmy oglądać jak z niecierpliwieniem przechadzają się w różne strony i wyczekują…

DSC_0192

Czas karmienia był przerażający i zdumiewający. Samochód z klatką z tyłu wjechał na teren, nagle wszystkie lwy i lwice biegły za nim. Mężczyzna stojący w klatce wyrzucał kawałki mięsa – po jednym dla każdego lwa. One jednak rzucały się na mięso, czasami o nie walcząc. Mięso było surowe, zawierało kości, często nawet skórę zwierzęcia. Król obozu – jedyny dorosły lew, po zjedzeniu swojej części walczył o części innych lwów, które uciekały, czasami pozostawiając swoje jedzenie.

DSC_0221

DSC_0405

Cała część składała się z pięciu obozów lwów, jednego obozu dzikich psów oraz jednego obozu gepardów.

DSC_0632

Po wyjeździe, podekscytowani, postanowiliśmy jechać dalej drogą, oddalając się od Johannesburga, chcąc odkryć nieznane. I udało się! Odkryliśmy ciekawe miejsce, które nazywało się Ngwenya Glass Village. Było to niesamowite miejsce, które zgodnie nazwaliśmy oazą. Wszędzie znajdowały się kwiaty, drzewa, zieleń… Przyjemne miejsce na spacer, natomiast kompleks stanowiły małe sklepiki, w których ludzie sprzedawali różne wyroby – to artystyczne, to designerskie, a nawet miód. Był to również raj dla dzieci, gdzie zorganizowano dla nich zajęcia z tworzenia świec, ale również znajdował się tam ładny plac zabaw. My postanowiliśmy odetchnąć od gorąca i wypić coś zimnego, rozkoszując się zielenią…

DSC_0664

DSC_0667


Werset dnia:

“…Zwyciężył Lew z z pokolenia Judy, korzeń Dawidowy…” [Jezus] Objawienie Jana 5:5

Durban i powrot do Johannesburg’a

Wstalismy wczesnie, jeszcze zanim wstalo Slonce. Przywitalo nas ono, jak juz wyruszylismy samochodem w strone Johannesburga. Nie moglismy sie oprzec, zeby powrocic na plaze, na ktorej kapalismy sie dnia poprzedniego. Po drodze spotkaliismy rodzinke malpek Vervet, ktore sa dosc czesto spotykane tutaj. Sobie po prostu zyja, podobnie jak psy i koty w Polsce. Tylko, ze nie sa oswojone!

DSC_0066

DSC_0081

Na plazy zalapalismy sie jeszcze na wschod Slonca, ktory robil niesamowite wrazenie!

DSC_0103

DSC_0160

DSC_0111

Przy skalach znalazlam wiele interesujacych muszelek, malutkich i troche wiekszych. Znalazlam wiele wiecej ladnych, duzych muszli, ale niestety byly one zamieszkane!

DSC_0150

DSC_0155

DSC_0189

Nastepnym przystankiem mial byc Durban – drugie po Johannesburgu najwieksze miasto RPA. W drodze zadziwiali mnie ludzie stojacy na autostradzie i sprzedajacy avocado!

DSC_0215

Na miejscu moglismy zobaczyc ogromny port, po czym udac sie na spacer po pieknej plazy, moczac swoje stopy w transparentnie czystej wodzie oceanu.

DSC_0247

DSC_0240

Plaza sluzy ludziom do roznych rzeczy. Do plywania, wedkowania z plazy, surfowania, ale rowniez spotkalismy ludzi zarabiajacych na utworzonych przez nich pisakowych rzezb oraz mezczyzne, ktory bez skrupulow podniosl swe rece do nieba i modlil sie, uwielbialac Boga, Stworce wszystkiego.

DSC_0249

DSC_0278

Podziwialismy widoki na Druban z molo, a pozniej nawet chcielismy zostawic po sobie slad, ale woda morska pochlonela go daleko do swojego wnetrza.

DSC_0279

DSC_0309

DSC_0317

Co do architektury Durban… jest inna niz ta, do ktorej jestem przyzwyczajona. Zrobilam jednak zdjecie interesujacego stadionu do soccer’a.

DSC_0358

DSC_0380

Co do jedzenia – nowy owoc wyprobowany. Jego nazwa to naartjie [wymowa: nardzi]. Jest to nic innego jak cytrus, cos pomiedzy pomarancza-mandarynka – bardzo smaczny jak to cytrus!

DSC_0398

Wracamy do Johannesburga. Zacznie sie juz powoli normalne zycie i sprawy dni codziennych, wiec nie bedzie tutaj juz tak intensywnie. Bede jednak odzywac sie, kiedy tylko wydarzy sie cos ciekawego, godnego podzielenia z wami, Kochani!

Zyczenia na koniec: wez w swoje rece kazdy moment, bo chwila za chwila moze umykac niepostrzezenie szybko. Usmiechaj sie do tego, co jest przed Toba, bo Twoja postawa moze wniesc wiecej dobra, niz myslisz…

Zyczenia od Iana: zebyscie przyjechali odwiedzic RPA i nas!

Kapiel w Oceanie

Udalo nam sie znalezc Coffee Shop, czyli kawiarnie, ktora posiadala Wi-Fi. Bylo nam bardzo trudno znalezc cos w Southbroom. Miejsce to nazywalo sie The Outlook. Kiedy dotarlismy na miejsce, okazalo sie, ze obok jest farma bananowcow, a co wiecej, organizowane sa wycieczki po terenie bananowego sadu. Wiekszosc drzew jest podpierana drewnianymi wspornikami, by nie zlamaly sie pod ciezarem owocow.

DSC_0003

W kawiarni zamowilismy pyszna kawe i ciasto czekoladowe, i moglismy sprawdzic maile. Dostalam wiadomosc od wielu przyjaciol, jednak nie mialam wystarczajaco czasu teraz, aby odpisac na wszystkie. Bardzo ucieszyla mnie wiadomosc od mojej przyjaciolki Kasi, ktora musze wspomniec w tym poscie!

DSC_0011

Potem pojechalismy na plaze.

Wszystko super, ale znak, ktory zobaczylismy wchodzac na plaze nieco mnie przerazil. Nie myslalam o tym wczesniej, ale przeciez tam sa rekiny!

DSC_0065

“Siatki przeciwko rekinom zostaly zainstalowane na tej plazy aby zwiekszyc ochrone kapiacych sie, jednak kazda osoba wchodzaca do morza czyni to calkowicie na wlasne ryzyko.Nie ponosimy odpowiedzialnosci. Nalezy unikac plywania lub surfowania podczas switu lub zmierzchu oraz noca, kiedy ryzyko atakow rekinow jest wieksze.”

Pierwszy dotyk miekkiego piasku na bosej stopie byl przyjemny, jakby sie chodzilo po cieplym, miekkim materiale.

DSC_0023

Nie plywalam w morzu ani zadnym naturalnym zbiorniku wodnym od pieciu lat, wiec bylo to niesamowite doswiadczenie! Ocean byl cieply, moglismy poplywac pod falami i dac sie im poniesc. Dzieki Bogu, moglismy cieszyc sie woda i wyjsc z niej calo!

DSC_0020

DSC_0058

Ucieszylo mnie to, ze wlasciwie ludzi tam nie bylo, a plaza byla strzezona przez ratownikow. Mozna plywac tylko pomiedzy flagami, ktore wyznaczaja miejsce dogladane przez nich.

DSC_0017

Polecam Ocean Indyjski na kolejne kapiele, Marta Siebert Macqueen

Plaza w Southbroom i jej mieszkancy

O poranku obudzil mnie wiatr dmuchajacy w okno naszej sypialni. Przyjechalismy wczoraj, jak juz bylo bardzo ciemno i napotkalismy kilka problemow z alarmem w miejscu, w ktorym zostajemy do konca naszego wypadu. Rozchylilam zaslony i na widok Oceany Indyjskiego wykrzyknelam cichutkie ‘oh!

DSC_0510

Popoludniem poszlismy na spacer brzegiem oceanu. Ogromne i silne fale robily wrazenie, a dodatkowo skaly wynurzajace sie z wody, ktore tworzyly grozny nastroj…

DSC_0517

DSC_0535

DSC_0620

DSC_0627

DSC_0659

DSC_0611

DSC_0584

Ponad to fauna… znow inna, bardziej tropikalna. Przechodzilismy wsrod drzew ze zdumieniem.

DSC_0531

DSC_0722

Na nasze spotkanie wyszly rozne zwierzatka. Rock dassie przygladal nam sie uwaznie, choc nie ruszyl sie ze swojego miejsca. Pozniej idac plaza, chcialam znalezc muszle i zobaczylam dwie malutkie muszle jak od slimaka. Chcac je wyciagnac poczulam opor i nagle zrozumialam, ze to mieszkanie zwierzatka, ktore nadal jest w srodku! Ian wyciagnal mieczaka, co wprawilo mnie w  obrzydzenie…

DSC_0556

DSC_0573

W koncu znalazlam muszelke przy skalach na koncu plazy. Tam tez chodzilismy po wystajacych glazach i ogladalismy zwierzatka uwiezione i zyjace w tych miejscach. Byly to kraby, male rybki i mieczaki – mnostwo malzy oraz malutkich slimakow.

DSC_0663

DSC_0675

DSC_0700

Znow sprobowalam nowego smaku Lay’s – sol i pieprz. Myslalam tutaj o Kayi z Polczyna i jej ulubione solone, jednak udoskonalone. Naprawde smaczne, wiec mam juz trzeci lubiany smak. Oczywiscie nic nie pokona pysznych Thai Chili!

DSC_0723

Wieczorem wybralismy sie na poszukiwanie restauracji, aby zjesc traditional English meal – fish and chips (tradycyjne angielskie danie – rybe z frytkami). Wyladowalismy jednak we wloskiej restauracji zajadajac lasagne i krewetki (to oczywiscie nie  trafilo do mojego zoladka!). Wloskie restauracje sa popularne chyba wszedzie na swiecie.

Co ciekawe, w RPA jest duzo ‘niepotrzebnych’ zawodow, ktore kreuje sie po to, aby dac ludziom prace. Na stacjach benzynowych nigdy nie tankuje sie samemu, w sklepach czesto sa osoby, ktore pakuja nasze zakupy, na parkingach w roznych miejscach stoja ludzie, ktorzy pilnuja twojego samochodu, wskazuja ci miejsce parkingowe i pokazuja, ze mozesz (lub nie) wyjechac z parkingu… mimo tego, bezrobocie wsrod ludzi niewyksztalconych jest wysokie i wynosi okolo 40%
Wazne jest, aby pamietac o malym napiwku dla pracownikow. Nie dlatego, ze sie obraza, ale dlatego, ze czesto brakuje im pieniedzy na podstawowe srodki do zycia.

Konie, ser i autobus

Za mna bardzo ciezka, nieprzespana noc. Moj uklad pokarmowy przyzwyczaja sie do nowych smakow, nowych dan, nowej wody… I troche na tym cierpie, ale jakos wciaz mam sile.

Dzisiejszego dnia wyjezdzamy z naszego pieknego miejsca w Midlands podrozujac w strone South Coast (Poludniowego Wybrzeza), aby spedzic kilka ostantich dni naszego miesiaca miodowego nad Oceanem Indyjskim. Po drodze  zatrzymalismy sie w dwoch uroczych miejscach.

Pierwsze, Bergtrials – konne podroze gorskie. Zafundowalismy sobie dwugodzinna przejazdzke konna po gorach, ogladajac z dala tak cenione juz przez nas Drankensberg, i cieszac sie spacerem w tym innym rodzaju, a od czasu do czasu galopem. Jednym z moich dzieciecych marzen bylonauczyc sie jazdy konnej, wiec mozna powiedziec, ze czesc tego marzenia sie spelnila. Kto wie, moze bedziemy to kontynu, ale lowac w poblizu Johannesburga?

DSC_0455

DSC_0459

DSC_0446

 

Kolejnym miejscem byla Cheese Farm (Farma Sera), gdzie moglismy skosztowac rozne rodzaje sera: ser wielski z cebula, ser wiejski z oliwkami i czosnkiem, goude, fete, brie i gorgonzole. Niesamowity smak, a szczegolnie serka brie. Wzielismy ze soba najwiekszy mozliwy i bedziemy go zajadac przy jutrzejszym sniadaniu. Sprzedawca byl bardzo mily, usmiechniety i zartowal sobie ze wszystkiego! Pierwszy raz uslyszalam komplement odnosnie mojego angielskiego, co bylo bardzo mila odmiana do codziennych komentarzy.

DSC_0465

Wiele osob tutaj pyta sie nas:
Where are you from? Because she has an accent! (Skad jestescie? Ona posiada accent!)
Jest to dla mnie dosyc dziwne, ze wzgledu na to, ze ja tego nie slysze! Kazdy ma jakis akcent, ale moj wybitnie jest odrozniajacy – kazdy to dostrzega. Coz, ciekawe czy kiedykolwiek sie go pozbede, czy juz zawsze bede mowic z moim pieknym polskim zaciaganiem!

Po drodze jechalismy za autobusem szkolnym. Dzieci ogladaly bialych ludzi przdzacych w srebrnym Citroenie C2. Usmiechnelam sie i pomachalam do nich. Wywolalo to sensacje… po czym postanowilam na migi zapytac ich, czy moge im zrobic zdjecie. Nie tylko sie zgodzili, ale zawolali znajomych, zeby machali do aparatu! Byla to niemala zabawa dla nich i dla mnie. Wszyscy razem usmiechalismy sie do siebie i podawalismy sobie rozne znaki.

DSC_0470

DSC_0487

W RPA wypala sie duzo trawy w okresie zimowym (czyli teraz). Jest to czynione po to, aby potem rozla lepszej jakosci, ladniejsza trawa. Drugim powodem jest tworzenie przerw dla prawdziwej katastrofy pozarowej – kiedy ogien przychodzi, nie ma co wiecej spalac, przez co niknie, nie dochodzac do wiosek polozonych dalej. Wyglada to dosc strasznie, i jest dosc niebezpieczne: trawy czesto palone sa przy drogach, a powstajacy dym, kiedyje sie na drogi, przez co jest ograniczona widocznosc.

DSC_0466

Giant’s Castle i wioska Zulusow

Nowy dzien w nowym miejscu i plan wypadu w gory Drankensberg do Giant’s Castle. Jest to miejsce, gdzie mozna swobodnie uprawiac wedrowke gorska, na specjalnie przygotowanych szlakach. Jest tam wiele drog, ktorymi mozna isc, a wybor jest bardzo trudny. My zdecydowalismy sie pojsc ogladnac  malowidla skalne dokonane przez Bushmenow na trasie Main Caves (Glowne Skaly), po czym trase River Walk (Spacer wzdluz Rzeki).
Piekno tego miejsca jest wszechogarniajace i zapierajace dech w piersiach. Plynaca posrod gor rzeka przypomina mi o filmie animowanym Disnaya z mojego dziecinstwa The Lion King(Król Lew)…

DSC_0368

DSC_0280

DSC_0323

DSC_0331

 

Ogladnelismy tez malowidla Bushmanow. Opowiadaja one o ich wierzeniach i zyciu… coz, jakby sie zaglebic, to byli dosc strasznie zaangazowani w magie i takie tam, nie warte opowiadania.

DSC_0289

DSC_0292

Pora na lunch i na nowe Lay’s – Thai Sweet Chili (Tajskie Slodnie Chili), ktore pozostana juz moimi ulubionymi chipsami! Tak! Oto moj smak – lekko slodki, ale ostry zarazem.

DSC_0360

Wracajac, przejezdzalismy przez wioske Zulusow. Dzieci widzace przejezdzajacych bialych ludzi krzyczaly ‘Sweet – sweet’ oczekujac na slodycze. Ludzie wracali ze swoich robot, czesto z pilami w rekach lub przewieszonymi na ramionach. Co chwile zachodzili nam droge to krowy, to byki, to kozy… kilkakrotnie przebiegly nawet malpy.

DSC_0264

DSC_0235

DSC_0373
Widok domow Zulusow, jakos jeszcze bardziej i wyjatkowo przeklul moje serce. Juz kilkakrotnie przejezdzalismy przez wioski slumsow. Czasami niektore domy byly jakby postawione obok drogi, nie wiadomo dlaczego. Okazuje sie, ze czasami ludzie buduja swoje domy gdziekolwiek, bez pozwolenia. Potem przychodzi wladza, burza te domy, a ludzie potem na nowo je buduja.

Domy zbudowane sa z blachy, niejednokrotnie z pal drewnianych poprzekladanych glina, czesto z cegly lub pustakow. Ich dachy, czasami ze strzechy, ale czesciej jest to po prostu podrdzewiala blacha falista, utrzymywana na miejscu przez kamienie ulozone na dachu.

DSC_0245

DSC_0379

DSC_0380

Republika Poludniowej Afryki to kraj cywilizowany, jednak mozna to zobaczyc w miastach. Wyjezdzajac poza nie, w tak zwane przez tubylcow rural areas (tereny wiejskie), okazuje sie, ze ludzie zyja w zupelnie inny sposob. Mozna wtedy docenic, to co sie ma, luksusy zycia, ktore sie posiada, nawet jezeli kwalifikuje sie jedynie do tej ‘sredniej klasy’ spoleczenstwa.

Droga do Midlands i domy na drzewie

Dzien rozpoczal sie ponownie pysznym sniadaniem na tarasie z widokiem na gory. Niestety, dzisiaj zabierajac ze soba aparat nie spodziewalam sie mgly… ale nie zmienilo to podnioslej sniadaniowej atmosfery.

DSC_0129

Potem czekala nas bardzo dluga podroz w nieznane. Ian zabieral nas w nowe miejsce. Podroz trwala od 8:30 do 17:30, wiec niemalo godzin, ale po drodze przejechalismy przez Newcastle, gdzie Ian mieszkal przez 6 lat.

DSC_0161

DSC_0163

DSC_0178

Po drodze sprobowalismy nowego smaku Lay’s – Sour Cream and Onion (Kwasna smietanka i cebula) – nawet smaczne – troche kwasne, ale dobre – jednak nie lepsze od zielonej cebulki!

DSC_0212

Kiedy dojechalismy na miejsce, nie moglam nie wykrzyknac z wrazenia. Domki na drzewie. Prawdziwe drewniane domki na drzewie. Okazalo sie, ze to wlasnie tutaj bedzie nasze zakwaterowanie. Juz od poczatku naszej wyprawy czulam sie, jakby to wszystko bylo tylko snem, ale widzac ten czarujacy domek o nazwie i motywie Pegasus (Pegaz), odnioslam wrazenie, ze jestem bohaterka jakiejs basni.
Do budynku prowadzily krete schody niczym do zamkowej wiezy. Wchodzac przez drzwi o niespotykanym zamku, otwierala sie przytulna przestrzen z kominkiem i piekna wiezba dachowa. Kolejne drzwi otwieraly luksusowa lazienke, a jeszcze inne prowadzily na balkon… bajecznie, ze az nie do opisania, trzeba to zobaczyc. Nazwa miejsca to Sycamore Avenue Treehouses.

DSC_0401

DSC_0383

Potem podano nam kolacje, przy kominku, ze swieca na stole. Najpierw przystawka – pomidor nadziewany papryka, pieczarka i cebula, pokryty serem zoltym i zapieczony w piekarniku. Danie glowne nakladalo sie samemu. Podano stek z roznymi rodzajami warzyw. Pierwszy raz w zyciu zdecydowalam sie sprobowac i zasmakowalam w tym miesie. Na koniec podano lody z sosem czekoladowym. To wszystko bylo przepyszne!

Gdyby to bylo malo, miejsce to znajduje sie dosc w dalekiej odleglosci od miasta i bardzo pieknie widac bylo przeogromna ilosc gwiazd na czarnym niebie. Wrazenie niesamowite.

Ale wrocilo zimno. W regionie Kwa-Zulu Natal, w Midlands jest dosc zimno. Z pewnoscia duzo zimniej niz w Mpumalanga, gdzie bylismy wczesniej… Cóz, nie mozna miec wszystkiego, ale za ta basniowa atmosfere, moge pocierpiec troche w nizszej temperaturze.

Graskop

Tego dnia jedlismy sniadanie na tarasie restauracji w Misty Mountain. Dnia poprzedniego poprosilismy o take-away, ze wzgledu na to, ze wyjezdzalismy wczesnie do Kurger’s Park. Jestem jednak rozkochana w dzisiejszym sniadaniu! Usiedlismy na tarasie z malym basenem lub oczkiem wodnym oraz widokiem na gory. Widok oniesmielajacy. Az apetyt rosnie! Przygotowano dla mnie pysznego omleta z szynka, pomidorami, pieczarkami, cebula, papryka i serem. Cala atmosfera sprawila, ze sniadanie smakowalo tysiackroc lepiej!

Zaraz po sniadniu wyruszylismy do Graskop, gdzie pojechalismy zobaczyc God’s Window (Okno Boga) oraz Rain Forests, czyli lasy deszczowe. Oba robia niesamowite wrazenie. Z God’s Window mozna podziwiac niesamowite widoki, natomiast lasy sa odmienne od tych, znanych mi dotad. Roslinnosc jest inna, duzo pnaczy… zielono, cieplo i wilgotno.

DSC_0001

DSC_0002

DSC_0019

 

DSC_0025

Potem postanowilismy zorganizowac wycieczke piesza czy Mac Mac Falls(Wodospady Mac Mac)i Mac Mac Pools (Baseny Mac Mac). Byla to przyjemna wedrowka w Sloncu do basenow Mac Mac wzdluz transparentnie czystej rzeki. Zobaczylam po raz pierwszy w zyciu eukaliptusa! Basen Mac Mac to nic innego, jak miejsce na rzece, w ktorym woda zdaje sie stac w miejscu. Obok tego konkretnego, byla malutki wodospad. Pozniej wrocilismy ta sama droga – i jest to jedna z rzeczy, ktore mnie irytuja w RPA – przygotowane wedrowki piesze nie prowadza z miejsca A do miejsca A droga okrezna, ale szlaki sa przygotowane liniowo – idz z miejsca A do miejsca B, a potem wracaj ta sama trasa do miejsca A (gdzie zaparkowales swoj samochod…). Ciesze sie jednak, ze nie wszystkie trasy sa takie – wiec bedziemy musieli ostroznie wybierac cele przyszlych wedrowek pieszych. Ale wracajac do Mac Mac… Z Pools wrocilismy ta sama trasa, zeby potem obrac kolejna prowadzaca w strone wodospadow. Zrobily one na nas wrazenie, jednak mozna go ogladac zza plotu polozonego wysoko ponad dolina.

DSC_0064

DSC_0071

DSC_0076

DSC_0078

DSC_0083

Bylismy juz nieco glodni, wiec postanowilismy cos zjesc w Graskop. Ian wynalazl w Internecie, ze jest tam bardzo smaczn nalesnikarnia o nazwie Harrie’s Pancakes (Nalesniki Harriego). Z pewna doza niepewnosci i niewielka ochota na nalesniki, zdecydowalismy sie wstapic i sprobowac. Ian zamowil nalesniki z lodami, miodem i cytryna oraz lokalna kawe, ja natomiast zobaczylam, ze w menu widnieje SCONES with jam and cream. Nie zawahalam sie zamowic do tego ulubiona Cafe Late. Przyniesiono nam ogromne porcje. Ian zajadal nalesnika tak, ze az mu sie uszy trzesly. Ja zajadalam swoje ukochane buleczki, ktore wlasnie dla mnie upieczono i przyniesiono cieple. Bylam najedzona przez caly dzien i nawet kolacje zjadlam nie z glodu, ale z rozsadku. Cena rowniez zaskakujaca. Za latte zaplacilismy R20 – 7 zlotych, za kawe R17 – 6 zlotych, za scones R30 – 10 zlotych, a za nalesnika R42 – 14 zlotych.

16062014(001)

16062014

Chcielismy odwiedzic rowniez Elephants Sanctuary, jednak bylo juz za pozno. Dowiedzielismy sie jednak, ze jest mozliwosc przejazdzki na sloniu za R300 (100 zlotych) oraz prowadzenia go za trabe, karmienia, oswajania… za R550, co daje 183 zlote. Drogo lub tanio… trudno powiedziec, ale napewno za drogo jak za meczenie tych ogromnych zwierzat.

W drodze powrotnej wstapilismy do supermarketu, gdzie kupilismy dwie paczki Lay’s… niebawem napisze czy tak dobre, jak w Polsce!!!

A na koniec zdjecie RPA-nskiego krajobrazu z lasem eukaliptusowym!

DSC_0092