Author: macqueensinsa

RPA – tęczowy naród? Kraj skrajności.

Ludzie mieszkający w RPA opisują swój kraj jako tęczowy naród. Znajdziemy tu czarnych, białych, azjatów, hindusów, europejczyków, kolorowych… Mówi się tu w 11 oficjalnych językach, gdzie język angielski i afrikaans są głównymi. Ponadto widzi się mnóstwo ludzi innych narodowości rozmawiających miedzy sobą w swoich własnych językach. Na przykład ja rozmawiam z moim synkiem po polsku; w biurze, gdzie pracuję jest Włoch, który od czasu do czasu prowadzi rozmowy po włosku, Niemiec, który także rozmawia w swoim języku oraz Polak, z którym czasami porozumiewam się po polsku albo czymś co można nazwać ‘polgielskim’ (typu: ‘chcesz cooldrinka?’, ‘jechałeś motorwayem?’)

Jeśli miałabym opisać RPA, powiedziałabym, że jest krajem skrajności.

Z jednej strony widać ludzi, którzy żyją w slumsach, żebrzą na ulicach. Proszą o pieniądze od ludzi siedzących w dobrych samochodach, popijających Colę Light albo shake’a z McDonald’s.

(źródło: http://www.timeslive.co.za)

Gdzieś widać człowieka ciągnącego wielki wózek z zebranymi materiałami do przetworzenia; chce je sprzedać, żeby zarobić na papkę kukurydzianą. Obok szybko przejeżdża Porche.

(źródło: drphelanipresume.blogspot.com)

Obok na skrzyżowaniu żebrze kobieta z dwójką dzieci. Powoduje u mnie wyrzuty sumienia, bo moje dziecko je truskawki albo chrupka, a w domu ma tonę zabawek oraz szafę pełną ubranek.


(źródło: I have a name – Facebook)

Są dzielnice z wielkimi domami z ogrodami i basenami, i garażami na kilka aut. Zaraz obok nich są miasta wydzielone, slumsy, gdzie domy, tzw. shacks – budy, zrobione są z tego, co udało się znaleźć w śmieciach lub ukraść. Tu Sandton obok Alexandra.

Unequal-Scenes-Sandton-Alexandra-Johnny-Miller(źródło: http://www.ourfriends.co)

Szpitale prywatne mają różne standarty, ale w większości można mieć swój własny pokój, telewizor, łazienkę; na śniadanie, obiad przynoszone jest menu, od czasu do czasu herbatka z ciastkiem; ceny są wysokie, nie każdy jest w stanie opłacić prywatną opiekę zdrowotną i prywatne ubezpieczenie medyczne. Dla biedniejszych ludzi jest szansa w szpitalach rządowych, gdzie kolejki są długie, miejsc niewiele, a opieka (delikatnie mówiąc) nie najwyższej jakości, nie są czyste, przez co również niebezpieczne.

(źródło: sihma.org.za)

Kobieta pracująca w domu, sprzątająca, robiąca pranie i prasowanie zarabia 150 randów za dzień. Wykształcony pracownik zarabia tyle za godzinę, a osoby na wysokich stanowiskach dużo więcej. Pan prezydent Jacob Zuma zarabia 11.145 randów dziennie (www.mywage.co.za).


(źródło: thedailyvox.co.za)

Istnieją szkoły, gdzie dzieci uczą się siedząc pod drzewami, często bez podręczników. Szkoły prywatne, drogie, niektórych przeciętny obywatel nie byłby w stanie opłacić używają komputerów Apple w klimatyzowanych pomiszczeniach.

(źródło: timeslive.co.za)

Podczas gdy jedni kupują tyle ubrań, że prawie wysypują się z wózków w Woolworths lub wydają 350 randów na ubranko dla dzidziusia w CottonOn, są ludzie, którzy jedzą kaszkę kukurydzianą na śniadanie, obiad i kolację, niemal każdego dnia. Zrozumcie: papka jest smaczna, ja sama ją jem od czasu do czasu, ale razem z warzywami i mięsem, sama w sobie chyba jednak nie ma zbyt wiele witamin i minerałów….


(źródło: sunfire.co.za)

Pomiędzy tym jest grupa ludzi, którzy pracują i zarabiają średnio, nie mają może Porche, ale na Forda lub Hundaya ich stać, mieszkają w domach na kredyt lub mieszkaniach w kompleksach, stać ich na posiadanie maid, czyli sprzątaczki raz w tygdniu, wystarcza im by mieć zdrową, zbilansowaną dietę oraz na prywatne ubezpieczenie medyczne… nie jest tak, że jest tu tylko albo tak – albo tak. Jednak różnica między ludźmi, których mija się na ulicy jest wielka i rażąca.
Czy kiedyś RPA się zmieni? Czy będzie mniej korupcji, a więcej zawodów, gdzie ci najbiedniejsi będą mogli zarabiać? Czy będzie mniej przestępczości, a więcej miłości, czy będzie mniej rasizmu, a więcej jedności? Nie wiem, co będzie jutro i czy jutro dla mnie będzie? Wiem jednak, że można przynieść innym nadzieję na to lepsze.


Wersety na dziś:
Chcę cię dziś pouczyć o twojj drodze, abyś swoją ufność pokładał w Panu. Przypowieści Salomona 22:19
Synu mój! Daj mi swoje serce, a twoje oczy niechaj strzegą moich dróg! Przypowieści Salomona 23:19

Advertisements

Wielka droga do porodu

7 miesięcy i 7 dni temu urodziłam naszego synka Joelka w szpitalu Park Lane w Johannesburgu. Było to dwojakie doświadczenie – i negatywne, i pozytywne. Jednak wszystko nie zaczyna się od pierwszych skurczy, ale od testu ciążowego.

W RPA istnieje prywatna opieka zdrowotna. Oznacza to, że na rynku istnieje kilka firm oferujących ubezpieczenie zdrowotne, za które miesięcznie trzeba płacić. W zależności od rodzaju ubezpieczenia, ustanawiana jest cena, jednak średnio płaci się za nie kilka tysięcy randów miesięcznie. „Najsłabsze” obejmuje jedynie opiekę szpitalną, droższe natomiast lekarzy oraz specjalistów oraz lekarstwa przepisane przez lekarzy. W zależności od wybranego planu, mamy „pulę pieniężną”, która pokrywa koszty naszych wizyt. Za niektóre wizyty, ubezpieczenie zapłaci tylko część, ze względu na różnicę w stawkach lekarza i stawkach według firmy ubezpieczeniowej.
Powiem szczerze, że jest to dość skomplikowane, każda firma operuje różnymi stawkami oraz zasadami. Sama jeszcze do końca tego nie zrozumiałam i nie wiem, szczególnie, że jako Polka przyzwyczajona jestem do prostego systemu w Polsce. Ciężko jest się przyzwyczaić do tego, że za najprostszą wizytę u lekarza rodzinnego trzeba zapłacić.

Tak więc, kiedy okazało się, że jestem w ciąży musiałam iść do lekarza rodzinnego, który potwierdziłby moją ciążę, skierował na USG oraz do lekarza ginekologa.  Potem należało wszystko zgłosić do firmy ubezpieczeniowej, aby pokrywała koszty mojej „ginekolożki”.

Wizyty odbywały się co 6 tygodni, a potem już co 4 tygodnie. Przy każdej wizycie badany był mocz, ciśnienie oraz waga. Potem następowała krótka rozmowa z lekarką (jako, że moja ciąża przebiegała bez problemów) oraz USG, które było najwspanialszą częścią wizyt. Za to wszystko płaciłam różnie. Od 1000 randów, do 1700, co oznacza od ponad 300 do ponad 500 złotych.

Wiele kobiet decyduje się nie na lekarza ginekologa, ale na położną, która może prowadzić ciążę, a potem odebrać poród naturalny. Z nimi można zdecydować się na poród w klinice lub poród w domu. Może być to poród w wodzie lub nie. Jeśli masz odpowiednią wannę w domu, możesz nawet rodzić we własnej wannie! Położne są tańsze, za wizytę płaci się około 300 randów, czyli około 100 złotych.

Kolejną sprawą jest wybór szpitala lub kliniki. Jest to kolejna rzecz, która nie jest najłatwiejsza. Każdy szpital oferuje inne rzeczy. Organizowane są „wycieczki po oddziale”, drukowane specjalne broszury opisujące, co się zyska „rodząc z nami” – np. jedno darmowe USG 4D! Każdy szpital ma również różne stawki, które nie zawsze pokrywane są przez ubezpieczenie. W niektórych szpitalach istnieją różne oddziały. W szpitalu, w którym rodziłam ja, istniał oddział ogólny, z łazienką na korytarzu oraz około czteroma łóżkami w jednej sali; oddział pół-prywatny, z dwoma łóżkami w sali oraz łazienką; oraz oddział prywatny z jednym łóżkiem, własną łazienką oraz łóżkiem dla męża, który może zostać na noc. Za ten ostatni należy dopłacić (ponad stawkę firmy ubezpieczeniowej) 1200 randów, czyli około 400 złotych za noc.
Jeżeli poród jest naturalny, zostaje się w szpitalu jedną noc i za tą jedną noc ubezpieczenie zapłaci. Jeżeli następuje cesarskie cięcie, pobyt w szpitalu trwa około 3-4 dni.

Rozważałam poród w specjalnej klinice, która prowadzona jest przez położne i nastawione na poród jak najbardziej naturalny, jak to możliwe. Pokoje wyglądają jak pokoje w hotelu, z ogromnym łózkiem, łazienką i nawet malutkim prywatnym ogródkiem. W razie wypadku i potrzeby cesarskiego cięcia, przyjeżdża lekarz. Miejsce to jest dość magiczne i wygląda bardziej jak hotel. Niestety, w razie cesarskiego ciecia, moje ubezpieczenie nie zapłaciłoby za odbieranie porodu przez położną, więc musiałabym zapłacić z własnej kieszeni pomiędzy 8000 a 14000 randów. Postanowiłam więc nie ryzykować, i bardzo cieszę się, że tego nie zrobiłam! Dla kobiet, które rodzą dzieci bez problemów jest to cudowne miejsce i jak najbardziej polecam Genesis Clinic w Johannesburgu (klik!).

Co do samego porodu, moje doświadczenie nie było do końca pozytywne. Przynajmniej aż do momentu porodu, potem było bardzo dobrze.

Zaczęło się w niedzielę rano, kiedy to dostałam pierwszych skurczy. Pomyślałam, że może to pierwsze skurcze porodowe, a może jedynie Braxton hicks. Pojechaliśmy do kościoła, skurcze nasiliły się, poszłam do łazienki i poczułam jakby mi odeszły wody. Nie było tego dużo jak na filmach, ale wtedy zrozumiałam, że naprawdę to może być początek.

Potem pojechaliśmy jeszcze na zakupy po chleb i Powerade. Po powrocie do domu przespałam się, skurcze jakby się zmniejszyły… tylko te wody nie dawały mi spokoju. Zapytałam znajomej położnej co robić, a ona powiedziała, że jechać do szpitala i to sprawdzić, bo wygląda na to, że rodzę.

W szpitalu zadzwoniono do mojej lekarki, która postanowiła monitorować skurcze i Joela. Joel w porządku, moje skurcze co 10 minut. Nie były one bolesne, po prostu odczuwalne. Sprawdzono czy jest rozwarcie – 0,5 cm, więc właściwie żadne. Zdecydowano się zostawić mnie w szpitalu na noc i monitorować. Nie wyspałam się za bardzo, bo co chwilę ktoś przychodził zakładać mi monitor, a potem ściągać i znów zakładać…

Następnego dnia rano, okazało się, że skurcze są cały czas w takim samym odstępie. Sprawdzono rozwarcie – nie zmienione.  

Postanowiono wywoływać poród. Nie zgodziłam się. Postanowiono więc zbadać mi krew i dać antybiotyk. Może trochę za bardzo uparłam się na poród naturalny, ale jak miałam zmienić zdanie, skoro nikt nie wytłumaczył mi dokładnie co się dzieje! Ja nadal nie wierzyłam, że tak naprawdę rodzę!

Pobrano trzy fiolki krwi. Pielęgnarkę ostrzegłam jak trudno jest podłączyć mnie do kroplówki. Oczywiście za pierwszym razem się nie udało i było bardzo dużo krwi. Pielęgniarka postanowiła nie próbować drugi raz i zawołała anestezjologa, który okazał się bardzo dziwnym człowiekiem. Wszedł, prawie nic nie powiedział, włożył mi iglę w rękę, postraszył mnie, mówiąc, że jeśli teraz nie chcę znieczulenia zewnątrzoponowego, to potem go będę o to błagać i wyszedł. Kroplówka była podłączona, ale moja ręka zaraz szybko spuchła, bo wbił się trochę za głeboko i trzeba było wyciągać.

Przyszła moja lekarka i powiedziała, że musimy wywoływać poród ze względu na niebezpieczeństwo dla Joela. Kiedy ja mam skurcze, jego serduszko szybciej bije. Powoduje to stres u niego i może doprowadzić do poważnych problemów. Powiedziałam, że jeżeli to jest powód, możemy wywoływać.

O 9:00 rano nadal miałam rozwarcie 0,5cm, podano mi żel na to, aby się to zmieniało. Miałam czekać 6 godzin i jeśli skurcze byłyby wciąż w tej samej częstotliwości, miano podać mi więcej żelu.

Skurcze jednak bardzo szybko postępowały i przez większość czasu miałam 5 skurczy na 10 minut po około minutę czasu. Potem już były tak intensywne, że nie mogłam chodzić czy siedzieć na piłce do ćwiczeń. Podano mi dwa zastrzyki, które tylko mnie otumaniły. Na moment zasypiałam, żeby obudził mnie ból skurczów. O 15:00 przyszła pielęgniarka bardzo zadowolona ze skurczy, myślała, że zaraz podadzą mi znieczulenie do kręgosłupa – musiałabym mieć rozwarcie 3 cm.

Rozwarcia jak nie było tak nie było, lekarka zdecydowała się podać więcej żelu, ale i to nic nie dało. Po 18:00 zdecydowano się zrobić cesarskie cięcie.

Podano mi kolejną kroplówkę i igłę w kręgosłup (co chyba z całego dnia bolało najmniej).

Joel urodził się o 19:40, ważył 2,78 kg i jego długość wynosiła 48 cm. Był zdrowy, silny, jadł mleko mamy 🙂

Chociaż poród brzmi niezbyt komfortowo, to opieka po porodzie była niesamowita. Miałam własną fizjoterapeutkę, która przychodziła codziennie, nauczyła mnie wstawać, kłaść się, chodzić. Powiem szczerze, że nie wiedziałam, że podniesienie własnych nóg na łóżko może być takie trudne. Ponad to pielęgniarki przychodziły co 4 godziny sprawdzić, czy nakarmiłam dziecko. Były również na każde zawołanie, kiedy potrzebowałam pomocy z czymkolwiek. Ponad to przynoszono mi kartę z menu, mogłam wybrać sobie na co mam ochotę na śniadanie, obiad i kolację, a co jakiś czas przychodziła pani z herbatą i ciastkiem. Joel właściwie ciągle spał, prawie wcale nie płakał, więc i ja mogłam odpocząć. Bardzo pomocne było to, że Ian był ciągle ze mną. Przed porodem myślałam, ze to bez sensu, żeby on był ciągle przy mnie, ale oszczędziło mi to wiele strachu. Był bardzo pomocny i lepszego partnera do porodu nie mogłabym sobie nawet wyobrazić.
Tak więc… jest trochę inaczej niż w Polsce. Nie trzeba zastanawiać się tyle gdzie rodzić oraz rozważać po tysiąckroć czy mnie na to stać czy nie. Z pewnością jednak warunki nie są tak dobre, jak w tutejszych szpitalach prywatnych. A położna przychodząca do domu w zaawansowanej ciąży? A opieka poporodowa w domu? A opieka socjalna sprawdzająca, czy wsyzstko z dzidzią dobrze? A becikowe? Tutaj nikt nawet o czymś takim nigdy nie słyszał! Także – wdzięcznym być i nie marudzić! 🙂


Werset na dziś:

“Wysłuchał Pan błaganie moje, Przyjął Pan modlitwę moją.” – Psalm 6:10

Dawno temu w morzu… uShaka

Wiem, nie pisałam ze sto lat. A dokładnie, ostatni post napisałam 8 miesięcy i 6 dni temu. Przepraszam za nieobecność, lecz naprawdę próbowłam się zmotywować. Czasami brak czasu, czasami brak weny, a czasami brak pamieci o tym, że blog istnieje.

Nie chciałabym się rozwlekać o tym, jak wiele się zmieniło, tylko raczej nadrobić zaległości w pisaniu o wyprawach i realiach naszego życia tutaj. Dzisiaj będzie o naszym wyjeździe, który miał miejsce w kwietniu, ale jeszcze kiedy była nas tylko dwójka.

Tydzień przed moim porodem (jak się okazało po powrocie… 🙂 ) pojechaliśmy z Ianem na Południowe Wybrzeże na tzw. Baby Moon. Byłam już w dość zaawansowanej ciąży (36-37 tygodni), jednak postanowiliśmy zaryzykować i odpocząć przed pojawieniem się dzidziusia na świecie. Kilka dni spędziliśmy w Durbanie, a kilka w Southbroom, o którym słyszeliście w ramach postu o naszym miesiącu miodowym.

W pierwszy dzień pojechaliśmy na spacer na plażę Umshlanga, gdzie znjduje się latarnia morska. Przywitała nas piękna tęcza, ale podczas spaceru złapała nas ulewa, która wręcz dodała uroku i mogliśmy biegać i tańczyć w deszczu.

DSC_0418

DSC_0419

DSC_0444

DSC_0454

Drugi dzień naszego pobytu w Durbanie spędziliśmy w uShaka – to wspaniałę miejsce rozrywki, a właściwie park wodny. Podzieliłabym go na 4 części. Pierwsza to strefa wejściowa, która w krótkich słowach jest małym wielkim centrum handlowym. Można kupić tam wszystko, co związane jest z Afryką, pływaniem i światem podwodnym, a i dużo dużo więcej. Kolejną strefą jest zadbana plaża i morze. Obie te części są dostępne bez opłat.

Część trzecia to akwaria i strefa Podwodnego Świata. W wielkim akwarium, które znajduje się w statku, można oglądać tysiące różnych rodzajów ryb. Od rozgwiazd, koników wodnych, małych i dużych ryb po rekiny. Ogrom może czasami przytłoczyć, ale powiem szczerze, że akwaria zadziwiały od smaego początku po koniec. Spotkaliśmy nawet nurka 🙂

DSC_0545

DSC_0548

DSC_0590

 DSC_0578

DSC_0570

W tej strefie można nurkować z rekinami, oglądać pokaz delfinów i fok, oglądać karmienie pingwinów, i dużo dużo więcej. Za inne, dodatkowe atrakcje trzeba niestety słono zapłacić. Nurkowanie z rekinami R170, spotkanie (osobiste!) z delfinem R800 lub foką R300.

DSC_0539

DSC_0535

DSC_0666

Strefa czwarta to park wodny! Są tu baseny, największa w Afryce ślizgawka wodna, spływ na rzece, podczas którego można oglądać zwierzęta oraz zostać oblanym wodą z karabinów wodnych przez bawiące się dzieciaki.

DSC_0599

DSC_0649

Wejście do uShaka dla osoby dorosłej to:
Wizyta w akwariach: 158 randów = około 50 złotych
Wizyta w parku wodnym: 165 randów = około 55 złotych
Wizyta w akwariach oraz parku wodnym (combo): 199 randów = około 65 złotych

Southbroom to jedno z moich najbardziej relaksacyjnych miejsc na ziemi. Niebo wieczorami jest różowe, ocean ciepły nawet zimą, a okolica spokojna i cicha. To tam leżeliśmy na skraju basenu, kąpaliśmy się w morzu, czytaliśmy na plaży i robiliśmy wszystko, czego na codzień nie robimy. To tam musiałam patrzeć pod nogi, żeby nie stanąć przypadkiem na przestraszonego kraba i biegliśmy szybko wracając ze spaceru na plaży, aby móc przejść przez rzekę prowadzącą do laguny przed przypływem. Pięknie było.

DSC_0951

DSC_0793

DSC_0734

DSC_0884

A wkrótce napiszę więcej z naszych różnych wypraw. Komentujcie, bo nic tak nie motywuje jak wy, którzy czytacie.


Weset na dziś:
Dziękujcie zawsze za wszystko Bogu
Efezjan 5:20

Narodowy Ogród Botaniczny Waltera Sisulu

Powiem szczerze, że nie myślałam, że pogoda jak dziś może przynieść tyle radości. Pochmurno, dość chłodno, lekki wiatr – przyjemnie. Oh, jak wspaniale czasami odpocząć od temperatury ponad 30 stopni Celcjiusza. Prawda to, że luty to najgorętszy miesiąc w RPA. Ale jest też bardzo piękny – RPA w okresie letnim jest bardzo zielona i śliczna!

Pewnej soboty postanowiliśmy zrobić coś innego niż zwykle i wybraliśmy się na wycieczkę. Tym razem naszym celem było odwiedzenie Narodowego Ogródu Botanicznego Waltera Sisulu. Okazuje się, że pan Walter Sisulu był działaczem przeciwko aparthaidowi oraz członkiem ANC czyli Afrykańskiego Kongresu Narodowego, służąc najpierw jako Sekretarz Generalny, a potem Wice-Prezes partii. Dlaczego o tym mówię? Cóż, w Polsce Ogród Botaniczny nazwanoby imieniem wielkich sław w dziedzinie botaniki, jak Franciszek Górski czy Jerzy Aleksandrowicz. Tutaj ogród ten nazwano imieniem polityka. Nic więcej nie dodam.

Walter Sisulu map.cdr

(Źródło mapy: http://www.sanbi.org/gardens/walter-sisulu/walter-sisulu-national-botanical-garden-maps)

Nazwa ta jednak nie zmienia wielkiego uroku tego miejsca. Przybywszy na miejsce, zostaliśmy zaskoczeni wielkim tłumem. Cóż, Walentynki! Przed kasami przywitała nas kolejka , a za kasami dość sporo ludzi, którzy rozchodzili się w różnych kierunkach i różnych celach. Muszę przyznać, że mimo tak ogromnej liczby osób, można było znaleźć ciche miejsce, gdzie nie tylko nie było nikogo widać, ale również nie było słychać. Wstęp dla osoby dorosłej bez zniżek R35, czyli około 10 złotych.

DSC_0270

Naszym celem był spacer i podziwianie natury. Miejsce to jest bardzo dobrze przystosowane dla wszystkich, którzy chcieliby upajać się tym miejscem. Większość scieżek jest wybrukowana, można więc przyjechać z wózkiem dziecięcym lub osobą niepełnosprawną na wózku.

DSC_0280

DSC_0316

DSC_0313

Przy drogach zaskakiwały nas różne insekty z metalu. Przypominały mi krasnale, które można znaleźć w różnych zakątkach Wrocławia.

DSC_0276

DSC_0339

DSC_0289

Flora była wielce zróżnicowana. W parku można odnaleźć wiele gatunków roślin rosnących w RPA. Ponadto znajdują się tam różne ogrody, które edukują ludzi na temat roślin, ich zastosowania oraz różnorodności. Jednym z takich ogrodów był Water Garden (Ogród Wodny), który pokazywał jak dobrze wykorzystywać wodę oraz jakich roślin używać w miejscach suchych, a jakich w miejscach nawodnionych.

DSC_0287

DSC_0320

DSC_0294

DSC_0277

DSC_0336

Fauna to przede wszystkim ptaki oraz motyle. W parku znajduje się ogród ptaków i motyli, gdzie wchodząc słyszy się odgłosy tych latających stworzeń oraz ich skrzydła trzepoczące między drzewami i krzewami.

DSC_0319

DSC_0335

DSC_0321

DSC_0293

Niemal cały czas towarzyszył nam widok oddalonego  wodospadu. Jest to jak gdyby cel przyświecający spacerowi. Przez cały ogród botaniczny przepływa rzeka nazwana Crocodile River (Rzeka Krokodyl), która przynosi ulgę w wysokich temperaturach powietrza.

DSC_0281

DSC_0300

DSC_0311

DSC_0305

Park oferuje również wiele atrakcji dla dzieci – tablice rozwijające ich wiedzę oraz wyobraźnię oraz plac zabaw, gdzie mogą spędzić dużo czasu. Mnóstwo ludzi przyjechało by zrobić sobie piknik i leniuchować w cieniu drzew. W centrum znajduje się restauracja, która pozytywnie nas zaskoczyła. Odkąd przyjechałam do RPA miałam ochotę na zwykłą rybę z frytkami. Będąc nad oceanem, ku naszemu zdziwieniu, nie mogliśmy znaleźć restauracji, w której by ją nam podano. Tam się udało! Grillowany morszczuk lub dorsz z frytkami. Śmiałam się z Ianem, ponieważ przed zamówieniem zastanawiałam sie czy podają tą rybę z głową i ogonem, jednak podczas składania zamówienia zapomnieliśmy zapytać. Ian twierdził jednak, że będzie to filet. I tak przyniesiono nam jedzenie, które patrzyło na nas swoim umarłym wzrokiem. Wszystkie ości oraz skóra z tuszy została jednak zabrana, co bardzo ułatwiło i uprzyjemniło nam posiłek 🙂 Głowa i ogon leżały sobie tak dla dekoracji.

DSC_0340

Tak więc serdecznie polecam wszysztkim odwiedzającym Johannesburg, jeśli pragną ogrobiny odpoczynku w cieniu drzew 🙂 I tym, którzy mają ochotę na tradycyjne fish and chips 😉

Wiza – mała naklejka w paszporcie.

Postanowiłam trochę napisać na temat mojego starania się o wizę oraz o ogólnych zasadach (tych, które dotyczyły mnie). Jest to temat istotny, jako że wszystko w RPA, co załatwia się w urzędach twa określony czas, który potem okazuje się nieokreślony. Tak więc, od początku…

Pierwsze podanie o wizę złozyłam w ambasadzie RPA w Warszawie przy ulicy Koszykowej. Odnalezienie jej to nie lada sztuka, jako że jest ukryta na szóstym piętrze pewnego budynku, do którego wchodzi się z zupełnie innej ulicy niż tej podanej. Poszukiwania strony internetowej ambasady też mogą okazać się niepomyślne, a to dlatego, że strona ta jest w budowie. W każdym razie, jeśli ktoś szuka to tutaj znajdzie:

Ambasada Republiki Południowej Afryki
adres: ul. Koszykowa 54 (VI piętro)
00-675 Warszawa
cudowny adres e-mail: warsaw.consular@dirco.gov.za
telefon: +48 22 622 10 05; 622 10 31

Pierwszy raz pojechałam odebrać druki, drugi raz pojechałam złożyć dokumenty. Był to początek maja 2014, miesiąc przed naszym wyjazdem do Johannesburga. Ponieważ w czasie, kiedy składałam dokumenty nie byliśmy jeszcze małżeństwem, postanowiłam złozyć podanie o visitors visa, czyli wizę podróżniczą. Musiałam z tego powodu złożyć plik dokumentów, a w tym potwierdzony dowód osobisty narzeczonego, jego akt urodzenia, pięknie napisany list o tym, jak bardzo pragnie, bym do niego  dołączyła po naszym ślubie. Wizę otrzymuje się po 3 tygodniach, na 3 miesiące. Po złożeniu papierów, pani w okienku podaje dokładną datę odbioru wizy. Można wybrać jedną z opcji: odbiór osobisty, odbiór przez znajomego lub wysłanie kurierem, którego samodzielnie trzeba zamówić. W dzień naszego ślubu cywilnego otrzymałam tą wizę przez kuriera DHL, przyznaną na 3 miesiace. Wszystko szło gładko i przyjemnie.

Po przyjeździe do Johannesburga czekało na mnie wiele miłych niespodzianek, ogrom zmian i poznawanie mojej nowej rodziny oraz przyjaciół. Po 10 dniach naszego honeymoon przyszedł czas przeprowadzki do naszego miejsca, z czym wiązały się też codzienne zakupy. Potem nasze przyjęcie weselne oraz inne temu podobne. Nie było jakby czasu na zastanawianie się nad podaniami o wizę. Na początku lipca jednak minął prawie miesiac od przyjazdu i wiedziałam, że nie ma na co czekać.

Okazało się, że całkiem niedawno zostały zmienione zasady przyznawania wiz. Z moją wizą podróżniczą nie mogłam już starać się o pobyt tymczasowy (temporary residence), nie mówiąc już o pobyt stały (permanent residence). Wiele źródeł straszyło, że nie można zostać w RPA dłużej niż wskazuje na to wiza, bo przy wyjeździe poza granicę kraju przyznawane są kary od 1 do 10 lat powrotu do RPA. Jest to prawda. Jednak większość źródeł straszyło bardziej niż pokazywało, co zrobić w mojej sytuacji, kiedy bilet miałam dopiero na 28 listopada. Po długich przeszukiwaniach internetu okazało się, że mogę starać się o przedłużenie mojej wizy, po czym w moim ojczystym kraju w ambasadzie składać podanie o wizę kolejną. Wizami zajmuje się nowa firma prywatna vfs Global, która oczywiście potrąca spore pieniądze za samą usługę (1350 randów = około 400 złotych), nie mówiąc o zapłaceniu jeszcze za wizę. Dojście do tej informacji kosztowało mnie wiele czasu i stresu.

Aplikant rejestruje się online, wypełnia cały formularz, po czym umawia się na spotkanie. W moim wypadku najbliższy termin był dopiero 5 sierpnia. Miesiąc przed końcem ważności wizy. Nie było innej możliwości jak tylko czekać.

5 sierpnia o godzinie 8:00 stawiliśmy się w firmie vfs Global, gdzie zostaliśmy bardzo zaskoczeni brakiem kolejek, spokojem, ciszą i profesjonalizmem. Weszłam przez drzwi, sprawdzona uprzednio przez ochroniarza, z wyłączonym telefonem. Pani w pierwszym okienku sprawdziła moje dokumenty. W drugim okienku sprawdzono moją opłatę i powiedziano, że wiza będzie gotowa w przeciągu 4 do 6 tygodni. Dostałam również numer, który mogłam wpisywać w Internecie i sprawdzać status mojego podania. W pokoju numer 12 zrobiono mi zdjęcie i wzięto odciski palców. Biometria w RPA jest bardzo silnie rozwinięta, powszechna i spotkamy ją w różnych miejscach. Wszystko poszło sprawnie i byłam bardzo mile zaskoczona. Razem z Ianem stwierdziliśmy, że może taka prywatna firma to dobry krok w kierunku terminowego wydawania wiz. Szybko jednak przekonaliśmy się, że w Afryce nie może być tak europejsko…

Czekaliśmy 3 tygodnie i zastanawialiśmy się co się dzieje. Od 7 sierpnia nie było żadnego postępu wg. zapisków w Internecie. Rozważaliśmy przesunięcie mojego biletu, żebym wyjechała do Polski bez kary. Zaczęliśmy poruszać “niebo i ziemię” aby czegoś się dowiedzieć. Dzwoniliśmy do vfs Global, którzy odsyłali nas do Home Affairs (HA – urząd zajmujący się sprawami obywatelskimi), natomiast HA odsyłało nas do vfs i tak na zmianę. Wreszcie udało nam się porozmawiać z kimś kompetentnym w vfs. Dowiedzieliśmy się, że jeżeli złożyłam podanie o przedłużenie wizy, mogę zostać w kraju i czekać na jej przyznanie. Nie wolno mi jednak wyjeżdżać. Tej teorii się trzymałam. Miałam jeszcze dużo czasu do wyjazdu, bo całe trzy miesiące. Jeśli wiza miała być gotowa w 4-6 tygodni, to niemożliwe jest, by nie była gotowa do momentu mojego wyjazdu.

Mijał tydzień za tygodniem. Potem nagle okazało się, że za miesiąc mam wyjeżdżać, a o wizie ani widu, ani słychu. Mamy takiego znajomego, który jest dyrektorem dość dużej firmy. Ma on pod sobą dział do spraw imigracyjnych. Obiecał nam zająć się naszą sprawą. Po pewnym czasie dowiedzieliśmy się, że moja wiza została już przyznana, ale z powodu tego, że firma vfs ma tak duże zaległości w pracy, nie wydają wszystkich wiz. Polecono mi pojechać do vfs i porozmawiać, jeśli nie z osobą obsługującą to nawet z kierownikiem. Zostały niecałe 3 tygodnie do wyjazdu.

Wchodząc do vfs nie spodziewałam się tego, co zobaczyłam. Wszędzie było mnóstwo ludzi. Uprzednio widziany przeze mnie duży, pusty hol był wypełniony po brzegi. Prowadzono ludzi do osobnego pomieszczenia, dawano numerek i kazano usiąść. Tak czekaliśmy 1,5 godziny. Wywołano mnie do kolejnego pomieszczenia, gdzie składałam swoje podanie. Usiadłam w kolejnej kolejce, czekałam na wywołanie. Miałam ogromną nadzieję zobaczyć swoją wizę w moim paszporcie. Kiedy wywołano moją wizę, sprawdzono wszystkie foldery z literą M. Nie znaleziono jej. Ręce mi opadły i czułam się bezradna jak małe dziecko. Porozmawiałam z osobą mnie obsługującą, wytłumaczyłam, że wiem, że wiza jest przyznana oraz że wyjeżdżam do Polski w przeciągu trzech tygodni i tej wizy potrzebuję. Pani bardzo uprzejmie wyjaśniła, że są osoby, które czekają na wizę od lutego, co dla mnie jedynie przemawiało na temat profesjonalizmu ich pracy. Powiedziała również, że kurierzy często nie dowożą dokumentów na czas. Po ponad 3 godzinach bycia tam, wyszłam bez niczego.

Od tego momentu nie wiem czy czekałam. Nie cieszyłam się na myśl o wyjeździe, bo nie wiedziałam czy wogóle uda mi się wyjechać. Ogarniało mnie przygnębienie, ale silnie wierzę w to, że cokolwiek dzieje się w naszym życiu, nie jest przypadkowe. Więc starałam się zachowywać pogodę ducha, choć nie zawsze mi to wychodziło. Ian powiedział: Zobaczysz, dostaniesz tą wizę.

Tydzień po mojej nieudanej wizycie w firmie, postanowiłam sprawdzić w Internecie status mojej wizy. W ciągu poprzednich 3,5 miesiąca robiłam to tak często, że wcale nie spodziewałam się zobaczyć czegoś nowego. Ku mojemu zdziwieniu wyświetlił się komunikat, że wiza została przyznana i czeka na odbiór. Pełna radości, od razu przygotowałam się do wyjścia i pojechaliśmy do vfs. Tam historia się powtórzyła. “Ludzi jak mrówków” (jak to mawia moja mama), mało miejsca, duszno, numerki, oczekiwanie, kolejny pokój, oczekiwanie, dojście do okienka, sprawdzanie wszystkich folderów z nazwiskami na literę M. Czekanie. Sprawdzono wszystkie foldery raz i nie znaleziono. Postanowiono sprawdzić po raz drugi. W tym czasie pani uprzejmie wytłumaczyła mi, że wizy są przyznawane w Pretorii i system błednie pokazuje, że są do odbioru w Johannesburgu, kiedy nie dostarczono ich jeszcze z Pretorii. Niepokój wypełniał mój żołądek. Jednak wbrew nadzieji, żywiłam nadzieję, że uda mi się zobaczyć ten śmieszny kawałek papierka.

Udało się. Byłam bardzo wdzięczna. Pani wkleiła moją nową wizę do starego jeszcze paszportu (musiałam w między czasie wymieniać stary paszport na nowy w polskiej ambasadzie w Pretorii). Wyszłam najszczęśliwsza na świecie. Po tylu przygodach, otrzymanie takiego malutkiego papierka, tkóry pozwalał mi pojechać do Polski był niczym uwonienie. Było to dość zabawne, ponieważ był to wtorek, 18 listopada. W ręce trzymałam wizę ważną do 28 listopada, dnia mojego wyjazdu.

DSC_0258

W miedzy czasie, kiedy jeszcze nie miałam wizy, musiałam przygotowywać kolejne dokumenty do podania o relatives visa (przyznawana na zasadzie pokrewieństwa lub więzów małżeńskich w naszym przypadku), o którą miałam starać się w Warszawie od razu po przyjeździe do Polski. Oznaczało to też zakup biletu powrotnego z Polski i załatwianiu dokumentów ważnych jedynie przez krótki czas. Powiem szczerze, że były to pewnego rodzaju kroki wiary, że wyjadę.

W Polsce złożyłam podanie dokładnie 1 grudnia 2014 z wyznaczeniem terminu odbioru na 7 stycznia 2015. Wiza została dowieziona na czas przez kuriera DHL (dokładnie ten sam sposób jak przy visitors visa).

Teraz jestem już z powrotem w Johannesburgu, po 1,5 miesiąca wakacji w Polsce. Swoją drogą, trzecia zima w tym roku nie była taka zła. Spadł śnieg, którym bardzo się cieszyłam, spędziliśmy mnóstwo czasu z rodziną oraz odwiedziliśmy przyjaciół. Chciałam jednak już wracać do naszego życia, naszego miejsca, naszych własnych śmieci. Łatwo się zapomina o tym, co trudne i od powrotu już musiałam stawić czoła kolejnym śmiesznym afrykańskim wymaganiom.

Nie dostałam się na studia ze względu na brak wystarczającego doświadczenia w zawodzie, co szczerze mówiąc bardzo mnie przygnębiło. Jeszcze nigdy nie dostałam odmowy w podobnej sprawie, więc było to dla mnie tym bardziej ogromnym zaskoczeniem. Nie wiem co będzie dalej. Szukanie pracy wiąże się ze składaniem podań o pozwolenie o pracę, co jest kolejnym wyzwaniem, jeśli nie większym niż podanie o wizę. Jednak Afryka zaskoczyła mnie piękną zielenią i cudowną pogodą, wlewającą w serce ciepło… I nawet jeśli nie wiem, co będzie w najbliższym czasie i choć życie nie zawsze toczy się według mojego własnego planu, staram się cieszyć tym, co przynosi i być wdzięczną.

Mam nadzieję, że ten wpis pomoże innym popatrzeć na stanie w kolejce w Auchan lub urzędzie skarbowym z troszkę innej perspektywy 😉 Ja nauczyłam się tego, że jako ludzie bardzo lubimy marudzić. A bo w Anglii to jest lepiej, bo mają to, a w Niemczech to wogóle mają jeszcze tak wiele, a tu to tak i tak. Cóż, są miejsca, gdzie ludzie mają więcej szczęścia i lepszą pomoc społeczną, jednak są miejsca, gdzie jest tysiąckroć gorzej. Można użalać się z zazdrością nad tym, czego nie posiadamy lub można cieszyć się tym, co mamy. Wybór należy do nas, a nasza postawa wnosi wiele do naszego życia 🙂

A tutaj jeszcze zdjęcie widoku z mojego okna dzisiejszego poranka 🙂

DSC_0263

Miłego dnia 🙂

Lion Park

Ostatnimi czasy nie działo się nic szczególnego… Poza milionem problemów z wizą i innymi ciekawymi wypadkami po drodze. Cóż, Afryka rządzi się swoimi prawami i jest to prawda. Ja, rodowita Europejka, muszę stawiać czoła codziennym wyzwaniom jakie stawiają te prawa. Jednak, jeżeli już wybraliśmy mieszkać tutaj, lub, powinnam powiedzieć, zostaliśmy tutaj w jakiś sposób przyprowadzeni, musimy nauczyć się tutaj żyć. Często nazywam to miejsce dzikim, bo często czuję, że takim właśnie miejscem Afryka jest.

Sobotniego poranka obudził mnie zapach naleśników. Nie otwierałam oczu, rozkoszując się zapachem i dziękując Bogu za mojego męża. Nagle usłyszałam: ‘Halo, halo?’, otworzyłam oczy, a przede mną leżała taca z przepysznymi, pulchniutkimi naleśnikami i ulubioną nutellą.

Kiedy już niemal wszystko zniknęło z talerzy, usłyszałam zarządzenie: Teraz prysznic i wychodzimy. Ale, że co, że gdzie? Więc tego dnia czekała na mnie niespodzianka…

Wyjechaliśmy w niedługą podróż, bo po około 40-stu minutach znaleźliśmy się na miejscu. Moim oczom okazał się imponujący domek ochroniarza. Park Lwów! Nie mogłam w to uwierzyć, bo dużo już zdążyłam usłyszeć o tym miejscu… i bardzo chciałam tam pojechać.

DSC_0647

Spośród kilku opcji, wybraliśmy wjazd do obozów lwów własnym samochodem oraz zabawę z lwiątkami. Bilety okazały się drogie, bo aż R200 (około 57 złotych) za osobę przy wybranym przez nas pakiecie.

DSC_0101

Nasza mała przygoda rozpoczęła się od głaskania małych lwiątek. W obszarze Cub’s World (Świat Lwiątek), stanęliśmy w kolejce przed furtką, która prowadziła do dużego, obszaru, gdzie znajdowały się zwierzęta. Miejsce było otoczone siatką z zawieszonym na niej materiałem. Zastanawiałam się dlaczego tak jest, jednak później zrozumiałam: jest to bardziej dla ludzi niż zwierząt, ponieważ wiele z nich mogłoby czuć się dziwnie, będąc obserwowanym w podekscytowaniu robiąc zdjęcia. Za jednym razem wchodzi około 8 osób, które mogą „bawić się” z małymi lwiątkami. Wejście trwa trochę ponad 10 minut, ale jest to wystarczający czas, żeby zrobić zdjęcia i nacieszyć się tymi małymi stworzeniami, a zarazem ich nie zamęczyć.

DSC_0015

DSC_0029

W części, w której znaleźliśmy się my były cztery kotki – dwa 2,5 miesięczne oraz dwa około 5-cio miesięczne. Trzy z nich wylegiwały się w cieniu i drzemały, jeden był bardzo aktywy i chciał się bawić. Niesamowite przeżycie móc dotknąć takie dzikie zwierzę, które wyciąga się z przyjemności, podczas gdy jest głaskane…

DSC_0036

DSC_0040

Następnie postanowiliśmy przejść się po terenie i ku naszemu zdumieniu okazała się żyrafa! Jedena, odpoczywała pod drzewem, natomiast druga postanowiła dać się wykarmić przez ludzi, którzy stali na podeście, by móc ją dosięgnąć. Zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Jej głowa była ogromna w porównaniu z bardzo cienką szyją. Nie mogłam uwierzyć, jak przyjazne jest to zwierzę!

DSC_0055

DSC_0090

Na terenie znajdowały się także inne zwierzęta: hieny, strusie, zebry, gazele i inne. Przeszliśmy się spacerem, kończąc go na sklepikach oferujących wiele pamiątek – bardzo ładnych do pooglądania. Potem poszliśmy do samochodu, gdzie mieliśmy rozpocząć drugą część naszej wycieczki, która polegała na oglądaniu zwierząt w ich środowisku, będąc w samochodzie. Wiele razy otrzymaliśmy ostrzeżenie, że okna i drzwi muszą być zamknięte. Zaraz po przejeździe przez bramę zrozumiałam dlaczego. Od razu przywitały nas duże, dzikie, białe lwy.

DSC_0165

Przeraził mnie ich widok, nie spodziewałam się, że mogą być one tak wielkie. Oraz, że będą chodziły tak blisko naszego samochodu. Przejeżdżaliśmy zaraz obok nich, obserwując ich zachowanie. Była 11:40, o 12:00 jest ich czas posiłku, więc mogliśmy oglądać jak z niecierpliwieniem przechadzają się w różne strony i wyczekują…

DSC_0192

Czas karmienia był przerażający i zdumiewający. Samochód z klatką z tyłu wjechał na teren, nagle wszystkie lwy i lwice biegły za nim. Mężczyzna stojący w klatce wyrzucał kawałki mięsa – po jednym dla każdego lwa. One jednak rzucały się na mięso, czasami o nie walcząc. Mięso było surowe, zawierało kości, często nawet skórę zwierzęcia. Król obozu – jedyny dorosły lew, po zjedzeniu swojej części walczył o części innych lwów, które uciekały, czasami pozostawiając swoje jedzenie.

DSC_0221

DSC_0405

Cała część składała się z pięciu obozów lwów, jednego obozu dzikich psów oraz jednego obozu gepardów.

DSC_0632

Po wyjeździe, podekscytowani, postanowiliśmy jechać dalej drogą, oddalając się od Johannesburga, chcąc odkryć nieznane. I udało się! Odkryliśmy ciekawe miejsce, które nazywało się Ngwenya Glass Village. Było to niesamowite miejsce, które zgodnie nazwaliśmy oazą. Wszędzie znajdowały się kwiaty, drzewa, zieleń… Przyjemne miejsce na spacer, natomiast kompleks stanowiły małe sklepiki, w których ludzie sprzedawali różne wyroby – to artystyczne, to designerskie, a nawet miód. Był to również raj dla dzieci, gdzie zorganizowano dla nich zajęcia z tworzenia świec, ale również znajdował się tam ładny plac zabaw. My postanowiliśmy odetchnąć od gorąca i wypić coś zimnego, rozkoszując się zielenią…

DSC_0664

DSC_0667


Werset dnia:

“…Zwyciężył Lew z z pokolenia Judy, korzeń Dawidowy…” [Jezus] Objawienie Jana 5:5

Łyżwy

Wielokrotnie zdarzało mi się marudzić na temat tego, że nie mogę spokojnie wyjść z domu i przejść się na spacer, jak to bywało w Polsce. Ze względu na moje bezpieczeństwo, nie ma możliwości po prostu otworzyć drzwi i iść gdzie nogi poniosą. Oczywiście, są takie dzielnice, gdzie jest to jak najbardziej możliwe, ale nie w miejscu, w którym mieszkamy my. Jeżeli chcemy iść na spacer, wsiadamy w samochód i jedziemy w dzielnicę bezpieczniejszą lub do jednego z wielu parków. Ale kto wie, może niedługo zmienimy nasze miejsce…?

Postanowiłam jednak zaakceptować sytuację zastaną tutaj i skupić się na tak wielu pozytywnych rzeczach, które oferuje Afryka. Jednym z takich miejsc są safari lub game reserves, gdzie można podziwiać naturę i zwierzęta w ich środowisku, ale nie tylko. RPA oferuje wiele w zamian za różne utrudnienia w codziennych “rozrywkach” jak przejażdżka rowerem.

Kiedy pakowałam swoje ulubione łyżwy w torbę, wiele osób uśmiechało się i dziwiło, po co. Wiele mówiło, że chciałoby zobaczyć murzyna na łyżwach.

Okazało się, że było warto, ponieważ niedaleko naszego miejsca zamieszkania, w centrum handlowym stworzono sztuczne lodowisko, które jest dużo większe i bardziej zadbane niż nasze legnickie. Wstęp kosztuje R55 (około 15 złotych) i wypożyczenie łyżew R25 (około 7 złotych). Nie ogranicza się czasu, jaki można spędzić na lodowisku. Wchodzisz – płacisz. Bilet traci ważność, kiedy opuszczasz lodowisko. Jest to naprawdę super, ponieważ ja byłam przyzwyczajona do systemu tercjowego 45 minut jazdy, 15 minut przerwy i nowy bilet. My zazwyczaj wybieramy się w środy, ze względu na to, że w ten dzień, płaci się jedynie połowę ceny za wszystko! 🙂 Powiem szczerze, że poziom zaawansowania niektórych łyżwiaży był zdumiewający!

DSC_0151

DSC_0106

DSC_0130

Łyżwiarstwo jest jednym z wielu atrakcji dostępnych w Republice Południowej Afryki. Czy może to zastąpić spokój, jaki oferuje Europa? Z pewnością nie. Należy jednak nauczyć się żyć w nowy sposób i cieszyć się tym, co daje Bóg w swoich błogosławieństwach każdego dnia.

Załączam krótki filmik, który zrobiłam podczas naszej jazdy 🙂

“Strzeżonego Pan Bóg strzeże”

O tym, że RPA jest jednym z najniebezpieczniejszych krajów świata, wiedzą niemal wszyscy. Kraj ten słynie z opowieści o morderstwach, napdach, gwałtach i obrabowaniach – i wiele z nich jest prawdą! W Polsce wiele się słyszy, o tym jak to każdy chodzi tutaj z bronią, bo inaczej nie da się tutaj przeżyć. My nie posiadamy takowej broni i nie zamierzamy, jednak ostatnie przeżycia zmusiły mnie do refleksji na temat niebezpieczeństwa i zagrożeń w RPA. Zastanawiałam się nad tym, czy zagrożenie dookoła zależy jedynie od napastników, czy również od nas samych? Czy moja postawa stawia mnie w miejscu niebezpieczeństwa, czy ono przychodzi samo, bez wzgledu na to, jaką postawę przyjmuję ja?

Prawda jest taka, że żyjąc tutaj należy ciągle bardzo uważać i mieć “oczy dookoła głowy”. Należy stosować środki ostrożności, które w Polsce zdawałyby się wielką przesadą. Republika Południowej Afryki jest krajem, w którym mieszka wielu ludzi, wielu imigrantów, a w tym Polaków. Jest to kraj rozwinięty, w którym żyją ludzie bogaci i biedni.
Codziennym widokiem na ulicach są (zazwyczaj czarni) ludzie, którzy  próbują sprzedać to ładowarki do telefonów, to okulary, to koszulki, itp. Inni natomiast zbierają śmieci od kierowców, żeby zyskać kilka randów. Inni rozdają ulotki. Inni stoją i żebrzą. Matki z dziećmi siedzą na skrzyżowaniach oczekując, że ktoś im coś da. To może sprawić, że człowiek przestaje uważać, przyzwyczajony do ludzi chodzących środkiem ulic, między samochodami.
Ponadto, bardzo ważne jest to, w której dzielnicy się znajdujemy. Są dzielnice strzeżone, w których można pójść na spacer, ale są też miejsca, gdzie jest niebezpiecznie jechać samochodem. Tutaj pierwszy raz w życiu usłyszałam o przestępstwach takich jak car-jacking, czyli uprowadzenia samochodów oraz smash and grab, kiedy rozbijana jest szyba samochodu, po czym wszystko, co możliwe, jest zabierane.

Tak i my, jadąc ulicą w Johannesburgu, z lekko uchylonymi szybami, siedzieliśmy spokojnie, z zapiętymi pasami w naszym samochodzie. Prawda jest taka, że wjeżdżaliśmy do nieco podejrzanej dzielnicy. Podszedł do nas żebrak, młody, czarny chłopak, który zapytał o pieniądze, kładąc swoją rękę na szybie od strony kierowcy. Słysząc odpowiedź negatywną oraz widząc, że kierowca próbuje zamknąć okno, pchnął je z całej siły w dół, krzycząc, że chce telefon i portfel, wkładając rękę do kieszeni i grożąc, że jeśli tego nie dostanie, to nas zastrzeli. Wszystko działo się bardzo szybko. Podszedł drugi chłopak, wyrzucając z siebie podobne słowa, pełny nienawiści domagając się tych rzeczy. Oddaliśmy część tego, co mieliśmy i usłyszeliśmy: “Okay, and now go!” (Okay i teraz idź!). Oszołomiona w szoku, z mojego telefonu, który nam pozostał wybierałam numery to banku, to naszego operatora komórkowego…

Kilka dni jeszcze byłam w szoku. W głowie kłębiły się myśli: po co tu jestem, dlaczego nie zdecydowaliśmy się zostać w Europie, dlaczego ludzie decydują się mieszkać tutaj, kiedy na każdym kroku może się zdarzyć tragedia. Jak można przynależeć do miejsca, w którym rodacy chcą obrabować i ograbić. Myślę jednak, że RPA ma tak wiele pozytywnych stron, które wynagradzają w 150 procentach konieczność bycia ostrożnym.

Cała sytuacja nauczyła mnie kilku zasad podróżowania samochodem w RPA:

1. Należy zawsze zamykać okna. Jeśli jest gorąco, używać AC (klimatyzację powietrza)
2. Nie należy kupować od przydrożnych sprzedawców oraz dawać pieniędzy żebrzącym. Większość z nich nie jest niebezpieczna, ale może się okazać, że są bandytami lub informatorami innych (przekazują wiadomość o zawartości naszego samochodu).
3. Rzeczy osobiste, torebki, należy pozostawiać w bagażniku lub pod siedzeniem – w miejscu niewidocznym.
4. Zatrzymując się na światłach, należy pozostawić miejsce za poprzedzającym nas samochodem, aby mieć możliwość ucieczki.
5. Należy unikać podejrzanych dzielnic lub townships, takich jak Alxandria, gdzie zagrożenie jest większe.
6. Dobrze jest mieć szyby pokryte specjalnym materiałem, który utrudnia ich wybicie.
7. W razie bezpośredniego zagrożenia nie należy protestować oddania swoich rzeczy, gdyż można przypłacić za nie zdrowiem lub życiem.
8. W razie zauważenia innego wypadku, nie należy się zatrzymywać i udzielać pomocy, lecz powiadomić o tym władzę. Często zdarzają się pozorowane wypadki.

Mieliśmy także do czynienia z tutejszą Policją. Początkowo Ian nie był zbyt zainteresowany udaniem się na policję ze zdarzeniem. Wielkie ślady dłoni przestępcy na szybie samochodu nie dawały mi spokoju i wprowadzały w poczucie strachu. Postanowiliśmy udać się na posterunek jeszcze tego samego dnia, jednak w naszej dzielnicy. Tutaj też mieliśmy ciekawe zdarzenia.
Zajechaliśmy na miejsce około 17 tego samego dnia. Niestety natrafiliśmy na godzinę, kiedy wymieniano zmiany. Po złożeniu zeznań, policjantka grzecznie poprosiła nas, abyśmy sobie poszli do domu i zadzwonili na podany przez nią numer, a funkcjonariusze mieli przyjechać do nas do domu i spisać zeznania. Po wykonaniu telefonu i kolejnym złożeniu zeznań, policjanci odesłali nas z powrotem na psoterunek. Postanowilismy pojechać tam następnego ranka. Spotkaliśmy białego mundurowego, który przypominał mi tych ze znanych seriali telewizyjnych typu CSI. Zajął się nami szybko. Kolejne zeznania. Usłyszawszy, gdzie zdarzenie miało miejsce, odesłał nas na posterunek w tamtejszej dzielnicy, zachęcając do złożenia zeznań, otwarcia sprawy i wszczęcia dochodzenia. Tam było nieco komicznie i tragicznie. Policjant przyjął zeznania, nie zawsze wiedząc jak napisać dane słowo, tj. lucturer lub slightly. Jest to dośc zrozumiałe – pisownia angielska nie ma nic wspólnego z wymową. Następnie poprosiliśmy o to, aby zebrali odciski palców z szyby. Odesłano nas na inny posterunek. Tam po raz koleny, telefonicznie musielismy udzielić wszystkich informacji. Okazało się, że osoba zajmująca się zbieraniem tego typu poszlak znajduje się teraz na policji, gdzie byliśmy chwilę przedtem. Musieliśmy tam wrócić. Będąc na miejscu, udaliśmy się do kapitana, któremu musieliśmy wyjaśnić naszą sprawę. W między czasie ktoś próbował się do nas dodzwonić, lecz w całym gwarze i zamieszaniu, nie słyszeliśmy telefonu. Był to policjant, który przyjął nasze zeznania. Chciał przekazać nam, że zbierający odciski palców jest tutaj. Kiedy odddzwoniliśmy przyszedł do biura kapitana i zastał kilku policjantów. Powiedział, że zbierający już pojechał. Nastąpiła wielka, głośna kłótnia między mundurowymi. Jedni starali się działać na naszą korzyść, a przyjmujący zeznania chciał nas odesłać z powrotem. Dzięki Bogu, przysłali zbierajcego, który zebrał odciski i mogliśmy odjechać na gorącą czekoladę i sernik z truskawkami.

Szczerze mówiąc, nie wierzyłam, że ktoś się zajmie tą sprawą. Nie tak długo później dostaliśmy wiadomość z komisariatu, że kogoś złapali. Jak się to dalej potoczy, nie wiem. Wiem jednak, że tutejsza policja wywołała we mnie odczucia zarówno pozytywne jak i negatywne.

Czy jest to kraj niebezpieczny? Jest. Czy można tutaj przeżyć? Jak najbardziej. Trzeba jednak mieć oczy otwarte, być ostrożnym, a można rozkoszować się tym pięknym miejscem, zwanym Krainą Tęczy.


Dobrze jest mieć wokół siebie przyjaciół, którzy wesprą w czasach kryzysu. Butelka na wodę z wersetem od Cassy!

20140818_10354920140818_103236

Don’t worry about anything; instead, play about everything (Nie martw się o nic; zamiast tego, módl się o wszystko)


I werset dnia:

“Nie troszczcie się o nic, ale we wszystkim w modlitwie i błaganiach z dziękczynieniem powierzcie prośby wasze Bogu” Filipian 4:6

Kulinarnie

Dzieje się… kulinarnie i niekulinarnie. Nie jest to blog na temat jedzenia, ale tego, co tutaj się dzieje. A ponieważ dzieje się także w kuchni, dlatego będzie o jedzeniu. Dzisiaj będzie kulinarnie, a niebawem post nieco bardziej odnośnie życia i przygód tutaj.

Razem z Ianem bardzo polubiliśmy kuchenne przygody. Prawda jest taka, że początkowo zupełnie w kuchni nie mogliśmy się dogadać i myślałam, że najlepiej będzie, jak każde z nas będzie działało w pojedynkę, po swojemu i na osobności twarzą w twarz z przyborami kuchennymi. Cieszę się jednak, że udało nam się odnaleźć wspólny język i na tym obszarze wspólnego życia.

Jeśli zapytacie mnie, co jest tradycyjnym jedzieniem w Republice Południowej Afryki powiedziałabym: mięso, mięcho, mięsiwo i każdy możliwy kawał mięska na… grillu znanym tutaj jako braai. To właśnie tak spędza się wspólnie czas: czekając na wielki kawał pysznie wypieczonego steka wołowego. Najlepiej upiec super-wielki kawał miesa krowiego, żeby potem podzielić między wgłodniałych gości.

DSC_0056

DSC_0055
Architektonicznie: kochani, posiadanie grilla wbudowanego w ścianę mojego balkonu jest jednym z najcudowniejszych rzeczy w naszym mieszkaniu! Polecam, polecam, polecam! Dym wychodzi przez komin, więc nie przeszkadza nikomu. Jednak na wylocie komina należy ustawić kolce przeciw ptakom, w przeciwym razie na naszym cudownym braai, możemy odnaleźć ptasie kupy, które nie sprzyjają apetyczności dania…

DSC_0052

DSC_0053
Powracając do jedzenia, przygotowałam nasze europejskie szaszłyki, a Ian zabawił się z plastrami wołowiny. Do tego przygotowaliśmy frytki ze słodkich ziemniaków i mieliśmy wyżerkę!
Skromnie powiem, że było pysznie!

DSC_0068

DSC_0073

Kolejnym osiągnięciem było ponowne robienie makaronu. Tym razem postanowiliśmy zrobić potrójną porcję, aby mieć więcej do zamrażarki. Nowością były wheat-free plastry lasagne, więc byliśmy w stanie przygotować nasz ulubiony posiłek.

DSC_0095

DSC_0099

DSC_0113

A oto nasze zasoby na najbliższe tygodnie…

DSC_0121

Muszę przyznać, że Ian robi najlepszy sos bolognese na świecie. Nasz bashamel wyszedł trochę za gęsty, ale następnym razem się poprawimy 🙂

 DSC_0123

DSC_0128

DSC_0133

Ostatnim osiągnięciem było przygotowanie bezglutenowego ciasta na pizzę. Wyszło pyszne, nieco słodkawe i chrupiące. Pierwszy raz w życiu używałam drożdży w poroszku! Na nim było wszystko co możliwe: sos pomidorowy, pomidory, papryka, cebula, pieczarki, liście bazylii oraz oczywiście ser posypany włoskimi ziołami.

DSC_0134

DSC_0137

DSC_0141

Nowość! Świeże awokado smakuje cudownie na pizzy. Wyciągamy pestkę, kroimy w paski, kładziemy na gorącej pizzy, posypujemy odrobiją soli i… smakujemy pyszności! 🙂

DSC_0147

Polskie jedzienie również króluje na naszym stole. Ostatnio ugotowałam zupę ogórkową, ale również pierwszy w moim życiu BIGOS. Może nieco nieskromnie – pycha!
Można tutaj znajeźć niemieckie sklepy, gdzie sprzedają magi, kapustę i ogórki kiszone. Brakuje mi trochę sera białego, ale wiem jak można go zrobić, więc w przyszłości planuję spróbować zrobić bezglutenowe pierogi.

Mam nadzieję, że nie jesteście teraz zbyt głodni, ale zachęceni do swoich własnych kulinarnych podróży!


Werset dnia:
“A więc: Czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek czynicie, wszystko czyńcie na chwałę Bożą.”
I list do Koryntian 10:31

Makaron babci Helenki

W ostatnim poście dzieliłam się tym, że zaczęłam „spełniać się” w gotowaniu i pieczeniu. Jak również wspomniałam, kuchnia bezglutenowa, a właściwie wheat-free, czyli bez pszenicy, jest troszeczkę inna. Jestem jednak wdzięczna, że to tylko uczulenie na pszenicę, a nie na gluten.

Postanowiliśmy zrobić domowy makaron. Przeszukałam pół Internetu, żeby znaleźć dobry przepis na taki makaron. Wszędzie jednak wymagane były rodzaje mąk, których ja nie posiadałam akurat w domu, albo xanthan gum, czyli guma ksantanowa, której  poszukuję we wszystkich sklepach, do których wchodzę. Jeśli nawet się coś już znajdzie, wszystkie te przepisy są skomplikowane i nie dla początkującego „wyrabiacza” makaronu.

Na tym miejscu chciałabym podziękować
mojej ukochanej babci,
która tak wiele mnie nauczyła.

Jako dziecko, mając możliwość brania udziału w jej gotowaniu i pieczeniu (a muszę powiedzieć, że moja babcia jest w kuchni najlepsza na świecie!), mogąc obserwować jej płynne ruchy, podczas ugniatania ciasta, a następnie wałkowanie go aż będzie cieniutki, cieniutki… po czym regularne cięcie go w cieniutki, domowy makaron. To właśnie ona pokazała mi podstawy pracy w kuchni, jak trzymać nóż oraz jak pracować nim aby krajać jedzenie na cienkie paseczki lub w malutką kostkę…

Tak więc pamiętając, jak ona nauczyła mnie robić makaron z mąki pszennej oraz przypominając sobie ją i jej cudowny przepis, zamieniłam mąkę pszenną na żytnią i powstał pyszny, domowy makaron!

DSC_0004

Było przy tym wiele zabawy! Ponieważ Ian bardzo poważnie podszedł do tematu robienia makaronu, postanowił kupić maszynę, która tnie ciasto na różne szerokości, dzięki czemu dało nam się wykonać makaron nitki lub spaghetti (zależy jak długie się chce) oraz tagiatelle. Jednak jeśli nie masz takiej maszyny, wystarczy użyć nóż.

DSC_0007

DSC_0010

W planach jest zaprzestanie kupowania drogiego makaronu bezglutenowego oraz robienie własnego. Jest smaczniejszy, zdrowszy i tańszy! Co więcej, nie trzeba robić go z każdym razem, kiedy planuje się makaronowe danie. Wystarczy wykonać więcej za jednym razem i zamrozić kilka porcji.

DSC_0013

DSC_0014


Werset dzisiejszego dnia:
“A jeśli by dom sam w sobie był rozdwojony, to taki dom nie będzie mógł się ostać.” Ew. Marka 3:25