Wielka droga do porodu

7 miesięcy i 7 dni temu urodziłam naszego synka Joelka w szpitalu Park Lane w Johannesburgu. Było to dwojakie doświadczenie – i negatywne, i pozytywne. Jednak wszystko nie zaczyna się od pierwszych skurczy, ale od testu ciążowego.

W RPA istnieje prywatna opieka zdrowotna. Oznacza to, że na rynku istnieje kilka firm oferujących ubezpieczenie zdrowotne, za które miesięcznie trzeba płacić. W zależności od rodzaju ubezpieczenia, ustanawiana jest cena, jednak średnio płaci się za nie kilka tysięcy randów miesięcznie. „Najsłabsze” obejmuje jedynie opiekę szpitalną, droższe natomiast lekarzy oraz specjalistów oraz lekarstwa przepisane przez lekarzy. W zależności od wybranego planu, mamy „pulę pieniężną”, która pokrywa koszty naszych wizyt. Za niektóre wizyty, ubezpieczenie zapłaci tylko część, ze względu na różnicę w stawkach lekarza i stawkach według firmy ubezpieczeniowej.
Powiem szczerze, że jest to dość skomplikowane, każda firma operuje różnymi stawkami oraz zasadami. Sama jeszcze do końca tego nie zrozumiałam i nie wiem, szczególnie, że jako Polka przyzwyczajona jestem do prostego systemu w Polsce. Ciężko jest się przyzwyczaić do tego, że za najprostszą wizytę u lekarza rodzinnego trzeba zapłacić.

Tak więc, kiedy okazało się, że jestem w ciąży musiałam iść do lekarza rodzinnego, który potwierdziłby moją ciążę, skierował na USG oraz do lekarza ginekologa.  Potem należało wszystko zgłosić do firmy ubezpieczeniowej, aby pokrywała koszty mojej „ginekolożki”.

Wizyty odbywały się co 6 tygodni, a potem już co 4 tygodnie. Przy każdej wizycie badany był mocz, ciśnienie oraz waga. Potem następowała krótka rozmowa z lekarką (jako, że moja ciąża przebiegała bez problemów) oraz USG, które było najwspanialszą częścią wizyt. Za to wszystko płaciłam różnie. Od 1000 randów, do 1700, co oznacza od ponad 300 do ponad 500 złotych.

Wiele kobiet decyduje się nie na lekarza ginekologa, ale na położną, która może prowadzić ciążę, a potem odebrać poród naturalny. Z nimi można zdecydować się na poród w klinice lub poród w domu. Może być to poród w wodzie lub nie. Jeśli masz odpowiednią wannę w domu, możesz nawet rodzić we własnej wannie! Położne są tańsze, za wizytę płaci się około 300 randów, czyli około 100 złotych.

Kolejną sprawą jest wybór szpitala lub kliniki. Jest to kolejna rzecz, która nie jest najłatwiejsza. Każdy szpital oferuje inne rzeczy. Organizowane są „wycieczki po oddziale”, drukowane specjalne broszury opisujące, co się zyska „rodząc z nami” – np. jedno darmowe USG 4D! Każdy szpital ma również różne stawki, które nie zawsze pokrywane są przez ubezpieczenie. W niektórych szpitalach istnieją różne oddziały. W szpitalu, w którym rodziłam ja, istniał oddział ogólny, z łazienką na korytarzu oraz około czteroma łóżkami w jednej sali; oddział pół-prywatny, z dwoma łóżkami w sali oraz łazienką; oraz oddział prywatny z jednym łóżkiem, własną łazienką oraz łóżkiem dla męża, który może zostać na noc. Za ten ostatni należy dopłacić (ponad stawkę firmy ubezpieczeniowej) 1200 randów, czyli około 400 złotych za noc.
Jeżeli poród jest naturalny, zostaje się w szpitalu jedną noc i za tą jedną noc ubezpieczenie zapłaci. Jeżeli następuje cesarskie cięcie, pobyt w szpitalu trwa około 3-4 dni.

Rozważałam poród w specjalnej klinice, która prowadzona jest przez położne i nastawione na poród jak najbardziej naturalny, jak to możliwe. Pokoje wyglądają jak pokoje w hotelu, z ogromnym łózkiem, łazienką i nawet malutkim prywatnym ogródkiem. W razie wypadku i potrzeby cesarskiego cięcia, przyjeżdża lekarz. Miejsce to jest dość magiczne i wygląda bardziej jak hotel. Niestety, w razie cesarskiego ciecia, moje ubezpieczenie nie zapłaciłoby za odbieranie porodu przez położną, więc musiałabym zapłacić z własnej kieszeni pomiędzy 8000 a 14000 randów. Postanowiłam więc nie ryzykować, i bardzo cieszę się, że tego nie zrobiłam! Dla kobiet, które rodzą dzieci bez problemów jest to cudowne miejsce i jak najbardziej polecam Genesis Clinic w Johannesburgu (klik!).

Co do samego porodu, moje doświadczenie nie było do końca pozytywne. Przynajmniej aż do momentu porodu, potem było bardzo dobrze.

Zaczęło się w niedzielę rano, kiedy to dostałam pierwszych skurczy. Pomyślałam, że może to pierwsze skurcze porodowe, a może jedynie Braxton hicks. Pojechaliśmy do kościoła, skurcze nasiliły się, poszłam do łazienki i poczułam jakby mi odeszły wody. Nie było tego dużo jak na filmach, ale wtedy zrozumiałam, że naprawdę to może być początek.

Potem pojechaliśmy jeszcze na zakupy po chleb i Powerade. Po powrocie do domu przespałam się, skurcze jakby się zmniejszyły… tylko te wody nie dawały mi spokoju. Zapytałam znajomej położnej co robić, a ona powiedziała, że jechać do szpitala i to sprawdzić, bo wygląda na to, że rodzę.

W szpitalu zadzwoniono do mojej lekarki, która postanowiła monitorować skurcze i Joela. Joel w porządku, moje skurcze co 10 minut. Nie były one bolesne, po prostu odczuwalne. Sprawdzono czy jest rozwarcie – 0,5 cm, więc właściwie żadne. Zdecydowano się zostawić mnie w szpitalu na noc i monitorować. Nie wyspałam się za bardzo, bo co chwilę ktoś przychodził zakładać mi monitor, a potem ściągać i znów zakładać…

Następnego dnia rano, okazało się, że skurcze są cały czas w takim samym odstępie. Sprawdzono rozwarcie – nie zmienione.  

Postanowiono wywoływać poród. Nie zgodziłam się. Postanowiono więc zbadać mi krew i dać antybiotyk. Może trochę za bardzo uparłam się na poród naturalny, ale jak miałam zmienić zdanie, skoro nikt nie wytłumaczył mi dokładnie co się dzieje! Ja nadal nie wierzyłam, że tak naprawdę rodzę!

Pobrano trzy fiolki krwi. Pielęgnarkę ostrzegłam jak trudno jest podłączyć mnie do kroplówki. Oczywiście za pierwszym razem się nie udało i było bardzo dużo krwi. Pielęgniarka postanowiła nie próbować drugi raz i zawołała anestezjologa, który okazał się bardzo dziwnym człowiekiem. Wszedł, prawie nic nie powiedział, włożył mi iglę w rękę, postraszył mnie, mówiąc, że jeśli teraz nie chcę znieczulenia zewnątrzoponowego, to potem go będę o to błagać i wyszedł. Kroplówka była podłączona, ale moja ręka zaraz szybko spuchła, bo wbił się trochę za głeboko i trzeba było wyciągać.

Przyszła moja lekarka i powiedziała, że musimy wywoływać poród ze względu na niebezpieczeństwo dla Joela. Kiedy ja mam skurcze, jego serduszko szybciej bije. Powoduje to stres u niego i może doprowadzić do poważnych problemów. Powiedziałam, że jeżeli to jest powód, możemy wywoływać.

O 9:00 rano nadal miałam rozwarcie 0,5cm, podano mi żel na to, aby się to zmieniało. Miałam czekać 6 godzin i jeśli skurcze byłyby wciąż w tej samej częstotliwości, miano podać mi więcej żelu.

Skurcze jednak bardzo szybko postępowały i przez większość czasu miałam 5 skurczy na 10 minut po około minutę czasu. Potem już były tak intensywne, że nie mogłam chodzić czy siedzieć na piłce do ćwiczeń. Podano mi dwa zastrzyki, które tylko mnie otumaniły. Na moment zasypiałam, żeby obudził mnie ból skurczów. O 15:00 przyszła pielęgniarka bardzo zadowolona ze skurczy, myślała, że zaraz podadzą mi znieczulenie do kręgosłupa – musiałabym mieć rozwarcie 3 cm.

Rozwarcia jak nie było tak nie było, lekarka zdecydowała się podać więcej żelu, ale i to nic nie dało. Po 18:00 zdecydowano się zrobić cesarskie cięcie.

Podano mi kolejną kroplówkę i igłę w kręgosłup (co chyba z całego dnia bolało najmniej).

Joel urodził się o 19:40, ważył 2,78 kg i jego długość wynosiła 48 cm. Był zdrowy, silny, jadł mleko mamy 🙂

Chociaż poród brzmi niezbyt komfortowo, to opieka po porodzie była niesamowita. Miałam własną fizjoterapeutkę, która przychodziła codziennie, nauczyła mnie wstawać, kłaść się, chodzić. Powiem szczerze, że nie wiedziałam, że podniesienie własnych nóg na łóżko może być takie trudne. Ponad to pielęgniarki przychodziły co 4 godziny sprawdzić, czy nakarmiłam dziecko. Były również na każde zawołanie, kiedy potrzebowałam pomocy z czymkolwiek. Ponad to przynoszono mi kartę z menu, mogłam wybrać sobie na co mam ochotę na śniadanie, obiad i kolację, a co jakiś czas przychodziła pani z herbatą i ciastkiem. Joel właściwie ciągle spał, prawie wcale nie płakał, więc i ja mogłam odpocząć. Bardzo pomocne było to, że Ian był ciągle ze mną. Przed porodem myślałam, ze to bez sensu, żeby on był ciągle przy mnie, ale oszczędziło mi to wiele strachu. Był bardzo pomocny i lepszego partnera do porodu nie mogłabym sobie nawet wyobrazić.
Tak więc… jest trochę inaczej niż w Polsce. Nie trzeba zastanawiać się tyle gdzie rodzić oraz rozważać po tysiąckroć czy mnie na to stać czy nie. Z pewnością jednak warunki nie są tak dobre, jak w tutejszych szpitalach prywatnych. A położna przychodząca do domu w zaawansowanej ciąży? A opieka poporodowa w domu? A opieka socjalna sprawdzająca, czy wsyzstko z dzidzią dobrze? A becikowe? Tutaj nikt nawet o czymś takim nigdy nie słyszał! Także – wdzięcznym być i nie marudzić! 🙂


Werset na dziś:

“Wysłuchał Pan błaganie moje, Przyjął Pan modlitwę moją.” – Psalm 6:10

Advertisements

3 comments

  1. ciasteczko i harbatka w szpitalu.. nawet nie chcę przypominać sobie mojej “opieki poporodowej” bo włosy się jeżą. Wspaniale że o ciebie zadbali ;* i czekamy na ciebie w polsce!!!:)

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s