Wiza – mała naklejka w paszporcie.

Postanowiłam trochę napisać na temat mojego starania się o wizę oraz o ogólnych zasadach (tych, które dotyczyły mnie). Jest to temat istotny, jako że wszystko w RPA, co załatwia się w urzędach twa określony czas, który potem okazuje się nieokreślony. Tak więc, od początku…

Pierwsze podanie o wizę złozyłam w ambasadzie RPA w Warszawie przy ulicy Koszykowej. Odnalezienie jej to nie lada sztuka, jako że jest ukryta na szóstym piętrze pewnego budynku, do którego wchodzi się z zupełnie innej ulicy niż tej podanej. Poszukiwania strony internetowej ambasady też mogą okazać się niepomyślne, a to dlatego, że strona ta jest w budowie. W każdym razie, jeśli ktoś szuka to tutaj znajdzie:

Ambasada Republiki Południowej Afryki
adres: ul. Koszykowa 54 (VI piętro)
00-675 Warszawa
cudowny adres e-mail: warsaw.consular@dirco.gov.za
telefon: +48 22 622 10 05; 622 10 31

Pierwszy raz pojechałam odebrać druki, drugi raz pojechałam złożyć dokumenty. Był to początek maja 2014, miesiąc przed naszym wyjazdem do Johannesburga. Ponieważ w czasie, kiedy składałam dokumenty nie byliśmy jeszcze małżeństwem, postanowiłam złozyć podanie o visitors visa, czyli wizę podróżniczą. Musiałam z tego powodu złożyć plik dokumentów, a w tym potwierdzony dowód osobisty narzeczonego, jego akt urodzenia, pięknie napisany list o tym, jak bardzo pragnie, bym do niego  dołączyła po naszym ślubie. Wizę otrzymuje się po 3 tygodniach, na 3 miesiące. Po złożeniu papierów, pani w okienku podaje dokładną datę odbioru wizy. Można wybrać jedną z opcji: odbiór osobisty, odbiór przez znajomego lub wysłanie kurierem, którego samodzielnie trzeba zamówić. W dzień naszego ślubu cywilnego otrzymałam tą wizę przez kuriera DHL, przyznaną na 3 miesiace. Wszystko szło gładko i przyjemnie.

Po przyjeździe do Johannesburga czekało na mnie wiele miłych niespodzianek, ogrom zmian i poznawanie mojej nowej rodziny oraz przyjaciół. Po 10 dniach naszego honeymoon przyszedł czas przeprowadzki do naszego miejsca, z czym wiązały się też codzienne zakupy. Potem nasze przyjęcie weselne oraz inne temu podobne. Nie było jakby czasu na zastanawianie się nad podaniami o wizę. Na początku lipca jednak minął prawie miesiac od przyjazdu i wiedziałam, że nie ma na co czekać.

Okazało się, że całkiem niedawno zostały zmienione zasady przyznawania wiz. Z moją wizą podróżniczą nie mogłam już starać się o pobyt tymczasowy (temporary residence), nie mówiąc już o pobyt stały (permanent residence). Wiele źródeł straszyło, że nie można zostać w RPA dłużej niż wskazuje na to wiza, bo przy wyjeździe poza granicę kraju przyznawane są kary od 1 do 10 lat powrotu do RPA. Jest to prawda. Jednak większość źródeł straszyło bardziej niż pokazywało, co zrobić w mojej sytuacji, kiedy bilet miałam dopiero na 28 listopada. Po długich przeszukiwaniach internetu okazało się, że mogę starać się o przedłużenie mojej wizy, po czym w moim ojczystym kraju w ambasadzie składać podanie o wizę kolejną. Wizami zajmuje się nowa firma prywatna vfs Global, która oczywiście potrąca spore pieniądze za samą usługę (1350 randów = około 400 złotych), nie mówiąc o zapłaceniu jeszcze za wizę. Dojście do tej informacji kosztowało mnie wiele czasu i stresu.

Aplikant rejestruje się online, wypełnia cały formularz, po czym umawia się na spotkanie. W moim wypadku najbliższy termin był dopiero 5 sierpnia. Miesiąc przed końcem ważności wizy. Nie było innej możliwości jak tylko czekać.

5 sierpnia o godzinie 8:00 stawiliśmy się w firmie vfs Global, gdzie zostaliśmy bardzo zaskoczeni brakiem kolejek, spokojem, ciszą i profesjonalizmem. Weszłam przez drzwi, sprawdzona uprzednio przez ochroniarza, z wyłączonym telefonem. Pani w pierwszym okienku sprawdziła moje dokumenty. W drugim okienku sprawdzono moją opłatę i powiedziano, że wiza będzie gotowa w przeciągu 4 do 6 tygodni. Dostałam również numer, który mogłam wpisywać w Internecie i sprawdzać status mojego podania. W pokoju numer 12 zrobiono mi zdjęcie i wzięto odciski palców. Biometria w RPA jest bardzo silnie rozwinięta, powszechna i spotkamy ją w różnych miejscach. Wszystko poszło sprawnie i byłam bardzo mile zaskoczona. Razem z Ianem stwierdziliśmy, że może taka prywatna firma to dobry krok w kierunku terminowego wydawania wiz. Szybko jednak przekonaliśmy się, że w Afryce nie może być tak europejsko…

Czekaliśmy 3 tygodnie i zastanawialiśmy się co się dzieje. Od 7 sierpnia nie było żadnego postępu wg. zapisków w Internecie. Rozważaliśmy przesunięcie mojego biletu, żebym wyjechała do Polski bez kary. Zaczęliśmy poruszać “niebo i ziemię” aby czegoś się dowiedzieć. Dzwoniliśmy do vfs Global, którzy odsyłali nas do Home Affairs (HA – urząd zajmujący się sprawami obywatelskimi), natomiast HA odsyłało nas do vfs i tak na zmianę. Wreszcie udało nam się porozmawiać z kimś kompetentnym w vfs. Dowiedzieliśmy się, że jeżeli złożyłam podanie o przedłużenie wizy, mogę zostać w kraju i czekać na jej przyznanie. Nie wolno mi jednak wyjeżdżać. Tej teorii się trzymałam. Miałam jeszcze dużo czasu do wyjazdu, bo całe trzy miesiące. Jeśli wiza miała być gotowa w 4-6 tygodni, to niemożliwe jest, by nie była gotowa do momentu mojego wyjazdu.

Mijał tydzień za tygodniem. Potem nagle okazało się, że za miesiąc mam wyjeżdżać, a o wizie ani widu, ani słychu. Mamy takiego znajomego, który jest dyrektorem dość dużej firmy. Ma on pod sobą dział do spraw imigracyjnych. Obiecał nam zająć się naszą sprawą. Po pewnym czasie dowiedzieliśmy się, że moja wiza została już przyznana, ale z powodu tego, że firma vfs ma tak duże zaległości w pracy, nie wydają wszystkich wiz. Polecono mi pojechać do vfs i porozmawiać, jeśli nie z osobą obsługującą to nawet z kierownikiem. Zostały niecałe 3 tygodnie do wyjazdu.

Wchodząc do vfs nie spodziewałam się tego, co zobaczyłam. Wszędzie było mnóstwo ludzi. Uprzednio widziany przeze mnie duży, pusty hol był wypełniony po brzegi. Prowadzono ludzi do osobnego pomieszczenia, dawano numerek i kazano usiąść. Tak czekaliśmy 1,5 godziny. Wywołano mnie do kolejnego pomieszczenia, gdzie składałam swoje podanie. Usiadłam w kolejnej kolejce, czekałam na wywołanie. Miałam ogromną nadzieję zobaczyć swoją wizę w moim paszporcie. Kiedy wywołano moją wizę, sprawdzono wszystkie foldery z literą M. Nie znaleziono jej. Ręce mi opadły i czułam się bezradna jak małe dziecko. Porozmawiałam z osobą mnie obsługującą, wytłumaczyłam, że wiem, że wiza jest przyznana oraz że wyjeżdżam do Polski w przeciągu trzech tygodni i tej wizy potrzebuję. Pani bardzo uprzejmie wyjaśniła, że są osoby, które czekają na wizę od lutego, co dla mnie jedynie przemawiało na temat profesjonalizmu ich pracy. Powiedziała również, że kurierzy często nie dowożą dokumentów na czas. Po ponad 3 godzinach bycia tam, wyszłam bez niczego.

Od tego momentu nie wiem czy czekałam. Nie cieszyłam się na myśl o wyjeździe, bo nie wiedziałam czy wogóle uda mi się wyjechać. Ogarniało mnie przygnębienie, ale silnie wierzę w to, że cokolwiek dzieje się w naszym życiu, nie jest przypadkowe. Więc starałam się zachowywać pogodę ducha, choć nie zawsze mi to wychodziło. Ian powiedział: Zobaczysz, dostaniesz tą wizę.

Tydzień po mojej nieudanej wizycie w firmie, postanowiłam sprawdzić w Internecie status mojej wizy. W ciągu poprzednich 3,5 miesiąca robiłam to tak często, że wcale nie spodziewałam się zobaczyć czegoś nowego. Ku mojemu zdziwieniu wyświetlił się komunikat, że wiza została przyznana i czeka na odbiór. Pełna radości, od razu przygotowałam się do wyjścia i pojechaliśmy do vfs. Tam historia się powtórzyła. “Ludzi jak mrówków” (jak to mawia moja mama), mało miejsca, duszno, numerki, oczekiwanie, kolejny pokój, oczekiwanie, dojście do okienka, sprawdzanie wszystkich folderów z nazwiskami na literę M. Czekanie. Sprawdzono wszystkie foldery raz i nie znaleziono. Postanowiono sprawdzić po raz drugi. W tym czasie pani uprzejmie wytłumaczyła mi, że wizy są przyznawane w Pretorii i system błednie pokazuje, że są do odbioru w Johannesburgu, kiedy nie dostarczono ich jeszcze z Pretorii. Niepokój wypełniał mój żołądek. Jednak wbrew nadzieji, żywiłam nadzieję, że uda mi się zobaczyć ten śmieszny kawałek papierka.

Udało się. Byłam bardzo wdzięczna. Pani wkleiła moją nową wizę do starego jeszcze paszportu (musiałam w między czasie wymieniać stary paszport na nowy w polskiej ambasadzie w Pretorii). Wyszłam najszczęśliwsza na świecie. Po tylu przygodach, otrzymanie takiego malutkiego papierka, tkóry pozwalał mi pojechać do Polski był niczym uwonienie. Było to dość zabawne, ponieważ był to wtorek, 18 listopada. W ręce trzymałam wizę ważną do 28 listopada, dnia mojego wyjazdu.

DSC_0258

W miedzy czasie, kiedy jeszcze nie miałam wizy, musiałam przygotowywać kolejne dokumenty do podania o relatives visa (przyznawana na zasadzie pokrewieństwa lub więzów małżeńskich w naszym przypadku), o którą miałam starać się w Warszawie od razu po przyjeździe do Polski. Oznaczało to też zakup biletu powrotnego z Polski i załatwianiu dokumentów ważnych jedynie przez krótki czas. Powiem szczerze, że były to pewnego rodzaju kroki wiary, że wyjadę.

W Polsce złożyłam podanie dokładnie 1 grudnia 2014 z wyznaczeniem terminu odbioru na 7 stycznia 2015. Wiza została dowieziona na czas przez kuriera DHL (dokładnie ten sam sposób jak przy visitors visa).

Teraz jestem już z powrotem w Johannesburgu, po 1,5 miesiąca wakacji w Polsce. Swoją drogą, trzecia zima w tym roku nie była taka zła. Spadł śnieg, którym bardzo się cieszyłam, spędziliśmy mnóstwo czasu z rodziną oraz odwiedziliśmy przyjaciół. Chciałam jednak już wracać do naszego życia, naszego miejsca, naszych własnych śmieci. Łatwo się zapomina o tym, co trudne i od powrotu już musiałam stawić czoła kolejnym śmiesznym afrykańskim wymaganiom.

Nie dostałam się na studia ze względu na brak wystarczającego doświadczenia w zawodzie, co szczerze mówiąc bardzo mnie przygnębiło. Jeszcze nigdy nie dostałam odmowy w podobnej sprawie, więc było to dla mnie tym bardziej ogromnym zaskoczeniem. Nie wiem co będzie dalej. Szukanie pracy wiąże się ze składaniem podań o pozwolenie o pracę, co jest kolejnym wyzwaniem, jeśli nie większym niż podanie o wizę. Jednak Afryka zaskoczyła mnie piękną zielenią i cudowną pogodą, wlewającą w serce ciepło… I nawet jeśli nie wiem, co będzie w najbliższym czasie i choć życie nie zawsze toczy się według mojego własnego planu, staram się cieszyć tym, co przynosi i być wdzięczną.

Mam nadzieję, że ten wpis pomoże innym popatrzeć na stanie w kolejce w Auchan lub urzędzie skarbowym z troszkę innej perspektywy 😉 Ja nauczyłam się tego, że jako ludzie bardzo lubimy marudzić. A bo w Anglii to jest lepiej, bo mają to, a w Niemczech to wogóle mają jeszcze tak wiele, a tu to tak i tak. Cóż, są miejsca, gdzie ludzie mają więcej szczęścia i lepszą pomoc społeczną, jednak są miejsca, gdzie jest tysiąckroć gorzej. Można użalać się z zazdrością nad tym, czego nie posiadamy lub można cieszyć się tym, co mamy. Wybór należy do nas, a nasza postawa wnosi wiele do naszego życia 🙂

A tutaj jeszcze zdjęcie widoku z mojego okna dzisiejszego poranka 🙂

DSC_0263

Miłego dnia 🙂

Advertisements

One comment

  1. ołł kochana, jaki widoczek ciepły! A u nas tak ziiiimno 😉 wspaniły zachęcający wpis, dzięki i czcekamy na nowe coś za rzadko piszesz;));*

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s